Twoja impreza sylwestrowa zapowiada się mało wystrzałowo? Dzwoń czym prędzej po Sama, a wystrzałów na pewno nie zabraknie! Wybaczcie mi ten niezbyt wyszukany suchar, ale mało kto tak dobrze wpisuje się w luźny, sylwestrowy klimat jak właśnie tytułowy bohater. 100% funu, zero zamulania. Oto kwintesencja komputerowej rozrywki – jest szybko, intensywnie, no i obowiązkowo krwawo. Żadnego wytchnienia, palce bolą od stukania w klawiaturę i myszkę, a oczy cierpią z powodu ilości wydarzeń na ekranie. Po szkolnych lekcjach historii myślałeś, że starożytny Egipt jest nudny? To pomyśl jeszcze raz!

Ale zaraz, zaraz, co Egipt ma z tym wszystkim wspólnego? Należą Ci się drogi czytelniku wyjaśnienia, zatem od razu się do nich zabieram. Otóż w XXI wieku ludzkość ruszyła ku gwiazdom, kolonizując kolejne planety i anektując coraz to nowsze systemy słoneczne. Kres tym podbojom położył dopiero pierwszy kontakt z innym inteligentnym gatunkiem w kosmosie. Dodajmy od razu, że był to kontakt bardzo bolesny. Nowo poznane istoty, przywodzące na myśl monstra z sennych koszmarów, nie były nastawione pokojowo, a do tego dysponowały zaawansowaną techniką i olbrzymią armią. Bez problemu zaczęły spychać ludzkość z nowo podbitych galaktyk, aż dotarły do naszego rodzimego systemu słonecznego. Jeżeli już łapiecie się za głowę i zastanawiacie nad absurdem całej historii, to poczekajcie co będzie dalej. Przy wykorzystaniu niejakiego “Time-Locka” służącego do podróży w czasie, najlepszy ludzki wojownik, żywa legenda Sam “Serious” Stone, zostaje wysłany do starożytnego Egiptu. Po co? Otóż ostatnia nadzieja ludzkości musi znaleźć i zniszczyć przywódcę Obcych – Notorious Mentala. Główny adwersarz przeniósł się do krainy faraonów w celu zniszczenia kolebki ludzkiej cywilizacji. Czy uda nam się go powstrzymać?

Musicie przyznać, że fabuła brzmi jak żart. I jest to efekt całkowicie zamierzony, ponieważ cała gra jest jednym wielkim żartem, z czym inteligentnie kontrastuje “poważny” tytuł produkcji. Chorwaci z Croteam, zespołu odpowiedzialnego za przygody Sama, tak naprawdę nie mieli w planach stworzenia pełnoprawnej gry, a jedynie demonstracyjny tytuł prezentujący możliwości autorskiego silnika “Serious”. W trakcie prac okazało się jednak, że inspirowane Doomem i Duke Nukemem demo jest nieprawdopodobnie grywalne, ukazując potencjał uzasadniający wpompowanie funduszy w jego rozwój. Dodano kilka nowych pomysłów, popracowano nad rozgrywką, a całość upakowano w konkretniejszą formę. Co z tego wynikło?

Skrystalizowana definicja rozrywki w najczystszej postaci. To właśnie udało uzyskać się Chorwatom. Nie skażona myślą zabawa, podczas której liczą się tylko szybkie palce i doskonała orientacja w wydarzeniach na ekranie. Cały czas pędzimy przed siebie, nabijając zwykle czterocyfrowy licznik zabójstw. Żadnych dodatkowych zadań, żadnych wyszukanych strategii, żadnych problemów z brakującą amunicją – gracz ma się po prostu dobrze bawić. Nie zawsze jednak to my musimy gonić za przeciwnikami, bowiem czasem to nam przyjdzie znaleźć się w roli ofiary. Produkcja miejscami przypomina znaną z Gears of War popularną Hordę, kiedy to na zamkniętej arenie musimy stawić czoła coraz to nowym falom przeciwników. Za fale te odpowiada właśnie silnik “Serious”, który oparty jest na systemie doładowywania wrogów już w trakcie gry, a nie tylko na jej początku. Dopiero po ubiciu wszystkich otworzą się wrota, za którymi czeka nas zazwyczaj kolejna arena. Że niby pomysł wydaje się być prostacki? Może i tak, ale co z tego? Na nudę nie ma tutaj po prostu czasu. Dodatkowo trudno jest się oprzeć magnetycznej sile, która trzyma gracza przed ekranem komputera i nie pozwala mu się od niego oderwać.

Pierwsza rzecz na jaką nie sposób nie zwrócić uwagi podczas zabawy to arsenał naszego bohatera. Giwery wpisują się w absurdalną stylistykę produkcji, nie można jednak zaprzeczyć, że posługiwanie się nimi dostarcza wiele radości. Na początku zaczynamy jedynie z nożem i pistoletem, sytuacja ta na szczęście szybko się zmienia i poprzez różnorakie strzelby, karabiny maszynowe czy wyrzutnie rakiet, w nasze łapska wpada SBC Cannon. Ze święcą szukać jej odpowiednika w innych strzelankach – zajmujące ⅓ ekranu i wyglądające jak średniowieczna armata działo budzi autentyczny respekt. Co więcej, strzela ładowanymi uranem kulami, których wielkość na pierwszy rzut oka można przyrównać do dorosłego człowieka. Jak Sam, na Boga, jest w stanie utrzymać ją w rękach? Nie mam pojęcia, ale tak po prawdzie zadawanie za wielu pytań nie ma tutaj sensu. Trzeba po prostu przyjąć całą konwencję na klatę.

Szczególnie że nie został poruszony jeszcze temat przeciwników. Albo autorzy przeholowali ze spożyciem rakiji, albo eksperymentowali z mocno podejrzanymi używkami. Faktem natomiast jest, że reakcją gracza na widok wrogów jest mieszanka niedowierzania, rozbawienia oraz zniesmaczenia. Bio-Mechanoid, będący skrzyżowaniem robota i T-Rexa, tryskający posoką na wiele metrów. Chmary kamikadze bez głów, którzy zamiast dłoni posiadają dwie bomby. Harpie, czyli kobiety-ptaki, atakujące z powietrza w znacznych ilościach. Wielki kosmiczny byk, przed szarżą którego uchronić może nas jedynie taktyka podpatrzona u torreadorów. Może już na tym poprzestanę. Design wrogów ma za to jeden niezaprzeczalny plus – są tak brzydcy, że ich eksterminacja ani przez chwilę nie budzi w nas wyrzutów sumienia. W zasadzie, to podczas przenoszenia ich na tamten świat mamy wręcz poczucie wyświadczania im przysługi. Nie zapominajmy jednak, że przeciwnicy atakują w olbrzymich ilościach, i o ile pojedynczo nie stanowią żadnego problemu, tak ich zmasowane natarcia nie raz spowodują pojawienie się kropel potu na naszym czole.

Gdy weźmiemy wszystkie powyższe elementy pod uwagę, to fakt, iż pod kątem realiów Serious Sam jest miksem cyberpunka z fantasy, nie jest już pewnie dla nikogo szokujący. Dlaczego akurat teatrem działań dla całego tego cyrku wybrany został starożytny Egipt nie wiem, niemniej jednak dla takich parodii miejsce akcji jest sprawą trzeciorzędną. Autorzy jednak przyłożyli się do lokacji, zapewniając całkiem ciekawie oddaną wizję krainy faraonów. Podczas naszej szczytnej misji odwiedzimy m.in. świątynię w Karnaku, dolinę królów, Teby czy też świątynię Amona. Gdyby nie setki przeciwników biegających dookoła (oraz czekająca na ratunek ludzkość) to można by się wybrać na małe egipskie zwiedzanko. Różnorodność krajobrazowa również jest zadowalająca. Pustynie, miasta, świątynie, oazy, lochy – co chwilę przyjdzie nam biegać w innych warunkach. Było o wizualiach, czas zatem na wrażenia muzyczne. Oprawa dźwiękowa wpada w ucho, pieszcząc je filmowymi nutkami podczas eksploracji i przechodząc w rockowo-metalowe kawałki w momencie konfrontacji z wrogami. Na wierzch wychodzi również dukenukemowe usposobienie Sama, który podobnie jak słynny Książe od czasu do czasu rzuca wyświechtanymi one-linerami, obowiązkowo macho-głosem. To nieprawdopodobne, ale autorom udało się połączyć tyle nie pasujących do siebie, na pierwszy rzut oka, elementów w jedną, spójną całość. I za to należą im się ogromne brawa.

Nie ma co się oszukiwać – nie znajdziemy tutaj głębokiej fabuły, wielopoziomowej rozgrywki, tematów do rozmyślań, emocjonalnych rozterek. Uczta intelektualna również nam nie grozi. Ale nie tego tutaj tak naprawdę należy szukać. Z Serious Samem jest podobnie jak z imprezą sylwestrową – liczy się jedynie dobra zabawa. Każdy z nas potrzebuje czasami chwili odpoczynku, resetu od produkcji ambitnych, angażujących nas na wielu płaszczyznach. Sam Stone przybywa wówczas z absurdalnym lekarstwem, mającym ukoić naszą duszę. I tak właśnie Sama zapamiętałem – jako doskonałą, chwilową odskocznię od poważnych tytułów. Odskocznię, w której mogę wyłączyć myślenie i skupić się jedynie na kolejnych przeciwnikach torujących drogę do uratowania ludzkości. Zatem w ramach pożegnania z 2016 rokiem życzę Wam wszystkim, by wasz sylwester był równie udany jak Serious Sam!