Łotr 1 nie tylko wykradł plany Gwiazdy Śmierci, ale również szturmem wziął sale kinowe. Mimo że najnowsza część gwiezdnowojennej sagi jest jedynie spin-offem, to doskonale pokazuje za co kochamy uniwersum George’a Lucasa. Udowadnia, że świat Star Wars to nie tylko pojedynki na miecze świetlne, ale przede wszystkim epickie przygody grupy ludzi połączonych (obowiązkowo przy udziale Mocy!) w przedziwny sposób, którzy w imię wyznawanych ideałów są w stanie poświęcić życie dla większej sprawy. Pewnie, że niektóre sceny czy zachowania bohaterów są przerysowane, ale czy nie dlatego uwielbiamy oglądać filmy? Bo zabierają nas z dala od szarej rzeczywistości? W Łotrze 1 zarówno Moc, jak i klimat Gwiezdnych Wojen są silne, i to pomimo absencji Jedi i Sithów.

We mnie osobiście film obudził wspomnienia związane z innymi Łotrami Sojuszu. Dawno dawno (bo aż 18 lat) temu mieliśmy okazję samemu zasiąść za sterami legendarnego X-Winga i wspólnie z innymi członkami Eskadry Łotrów napsuć sporo krwi znienawidzonemu Imperium. Trzeba zaznaczyć, że symulatory lotu osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen nie były niczym nowym. Wystarczy tutaj wspomnieć chociażby o legendarnej serii X-Wing, w skład której wchodziły Star Wars: X-Wing, SW: TIE Fighter, SW: X-Wing vs. TIE Fighter oraz SW: X-Wing Alliance. O ile te produkcje stawiały bardziej na aspekty symulacyjne, starając się w miarę dokładnie oddać wrażenia związane z lataniem, o tyle SW: Rogue Squadron skupiało się głównie na zabawie, skręcając mocno w stronę arcade’owych rozwiązań. Takie też były od początku założenia tej produkcji, dla której inspiracją do powstania był jeden z etapów innej gwiezdnowojennej gry – Shadows of the Empire, w którym braliśmy udział w bitwie o Hoth, zasiadając za sterami Snowspeedera. Fragment ten tak przypadł do gustu zespołowi Factor 5, przyszłym twórcom Rogue Squadron, że postanowili na jego pomyśle oprzeć całą grę. Wybór Factor 5 jako producenta również nie był przypadkowy, bowiem studio to doskonale było znane LucasArts z wcześniejszej współpracy. Co więcej, w tamtym czasie pracowali nad autorskim silnikiem służącym do tworzenia map zawierających duże połacie terenu. Wykorzystano go zatem jako środowisko dla nowej produkcji.

Akcja gry osadzona została pomiędzy wydarzeniami znanymi z Nowej Nadziei i Imperium Kontratakuje, sześć miesięcy po Bitwie o Yavin. By powstrzymać rosnące w siłę Imperium i móc przeciwstawić się jego ofensywie, Luke Skywalker i Wedge Antilles organizują Eskadrę Łotrów, w skład której wchodzi dwunastu najlepszych pilotów Sojuszu. Początkowo gracz miał wcielać się jedynie w Antillesa, jednak Howard Roffman z LucasFilm uznał, że przydałaby się jeszcze jakaś bardziej rozpoznawalna postać ze świata Gwiezdnych Wojen. Wybór padł na syna Vadera. Dużą rolę podczas dewelopingu odegrała również komiksowa seria Star Wars: X-Wing Rogue Squadron, z której Factor 5 czerpało pomysły na postacie oraz misje. Uzbrojeni w taką ilość materiałów, autorzy śmiało mogli myśleć o przygotowaniu produkcji godnej Gwiezdnych Wojen.

Sama historia również jest niczego sobie. Początkowo Eskarda Łotrów uwikłana zostaje w kilka starć z Imperium, odbywających się między innymi na Tatooine, Barkheshu czy Corellii. Prawdziwe przełamanie następuje jednak dopiero podczas walk o niepodległość planety Gerrard V, podczas których w ręce Rebelii wpada dowódczyni elitarnej, 128 Eskadry TIE Interceptorów, Kasan Moor. Zszokowana okrucieństwem i hipokryzją Imperium, które zniszczyło jej rodzinny Alderaan, postanawia przyłączyć się do Sojuszu, jednocześnie oferując wiele informacji na temat imperialnych umocnień i planów. Obok takiej pomocy nie można przejść obojętnie, zatem Moor zostaje dokooptowana do naszego zespołu. Korzystając z jej wiedzy, Sojusz przeprowadza trzy skoordynowane ataki na bazy imperialne. Ich celem są głównie obiekty militarne, takie jak fabryki maszyn AT-ST czy AT-AT. Podczas ostatniego z tych ataków, mającego miejsce na planecie Kile II, do niewoli dostaje się Wedge Antilles. Udaje się go jednak zlokalizować w kompleksie więziennym na Kessel, i po brawurowej akcji odbić z pociągu trasportowego. W tak zwanym międzyczasie przedstawiony zostaje nam główny adwersarz gry – moff Kohl Seerdon. Zbiera on flotę w celu opanowania Thyferry, planety strategicznie istotnej ze względu na produkcję bacty, czyli najskuteczniejszej substancji leczniczej w galaktyce. To właśnie tam rozegra się ostateczna w grze batalia między siłami Rebelii i Imperium.

SW: Rogue Squadron, ze względu na arcade’owy charakter rozgrywki, ciężko zakwalifikować jako pełnoprawny symulator lotu. Nie jest to bynajmniej wada, ponieważ ze swego podstawowego zadania – dostarczania frajdy – wywiązuje się naprawdę świetnie. Gra podzielona została na 16 misji, podczas których mamy do wykonania określone zadania. Przede wszystkim polegają one na zniszczeniu, ochronie bądź udzieleniu ratunku określonemu celowi. W rebelianckim hangarze natomiast znajdziemy pięć maszyn, które zostały oddane do naszej dyspozycji. Są to znane fanom uniwersum Snowspeeder, A-Wing, V-Wing, bombowiec Y-Wing oraz najbardziej rozpoznawalna ikona sił Sojuszu – słynny X-Wing. Różnice między nimi są zauważalne, chociaż nie dotyczą samego sterowania, a raczej osiągów (szybkość, zwrotność) oraz uzbrojenia. Nie zawodzi również wyposażenie Imperium. W powietrzu zmierzymy się przede wszystkim z TIE-Fighterami, na ziemi natomiast będziemy siać postrach w szeregach AT-ST, wieżyczek strzelniczych oraz pojedynczych szturmowców. Więcej problemów przysporzy nam natomiast unieszkodliwienie legendy imperialnej armii – maszyn AT-AT. Z pomocą przyjdzie nam tutaj poczciwa lina. Kto uważnie oglądał Imperium Kontratakuje i pamięta Bitwę o Hoth, ten zapewne kojarzy o co się rozchodzi.

Gra nie posiadała trybu Multiplayer, co chyba było największym zarzutem wobec twórców. Rywalizacja z innymi graczami mogła odbywać się za to pośrednio, poprzez poprawę swoich wyników w poszczególnych misjach. Za każdą z nich otrzymywaliśmy medal (brązowy, srebrny lub złoty) w zależności od naszych osiągnięć w pięciu kategoriach: ilości ustrzelonych przeciwników, celności strzałów, uratowanych kolegów lub budynków, ilości zebranych bonusów oraz całkowitego czasu, w jakim wykonaliśmy daną misję. Uzyskanie lepszych medali nie tylko podnosiło naszą pozycję w rankingu, ale również pozwalało odblokować ukrytą zawartość, w skład której wchodziły głównie dodatkowe maszyny latające.

Gra została przyjęta bardzo ciepło zarówno przez graczy jak i prasę branżową, a jej sprzedaż zaskoczyła samych twórców. Jeden z nich, Julian Eggebrecht, przyznawał że sprzedała się ona 100 razy lepiej niż ktokolwiek przypuszczał. Wystarczy wspomnieć, że wersja na Nintendo 64 była w 1998 roku drugą najlepiej sprzedającą się grą na tę platformę podczas okresu świątecznego, ustępując pola jedynie wspaniałemu The Legend of Zelda: Ocarina of Time. Była ona tak popularna, że zabrakło kopii recenzenckich dla prasy, co zmusiło niektóre serwisy do szukania pudełek na rynku na własną rękę. Z perspektywy czasu ciężko się jednak dziwić zainteresowaniu. Gra zachęcała nie tylko potężną marką Star Wars, ale również bardzo ładną grafiką i ciekawie nakreśloną historią (co w przypadku symulatorów nie jest ani standardem, ani wymogiem). Co więcej, Factor 5 dostarczył produkcję praktycznie dla każdego, a nie tylko dla wybrańców gotowych poświęcić godziny na naukę skomplikowanego modelu lotu. Tutaj wystarczyło wybrać maszynę, chwilę polatać, i już było się obeznanym ze sterowaniem na tyle, by czerpać przyjemność z rozgrywki.

O ile przed premierą Rogue Squadron Moc w symulatorach spod znaku Star Wars była silna, o tyle po niej gatunek zaliczył niestety regres. Niewypały w postaci Star Wars: Battle for Naboo skutecznie ostudziły zapał LucasArts do inwestowania w podobne produkcje, kierując wzrok zarządu w stronę innych, zyskujących coraz większą popularność gatunków. Wielka szkoda, ponieważ uniwersum Lucasa wciąż posiada ogromny potencjał dla pilotów-domatorów, który obecnie w żaden sposób nie jest wykorzystywany. Mi osobiście marzy się gwiezdnowojenny tytuł z gameplayem zaczerpniętym z serii Ace Combat. Znając jednak Disneya, który obecnie posiada prawa do marki Star Wars, marzenie to jeszcze długo się nie urzeczywistni.