Jakiś czas temu czytałem wywiad z pewnym „ambitnym” reżyserem, rozpaczającym nad bezcelowością tworzenia filmów „z duszą i przesłaniem”. Załamany finansową klapą swojego ostatniego projektu żalił się, że nie ma sensu starać się, męczyć i próbować przekazać głębszych myśli skoro i tak tego filmu nikt nie zobaczy, bowiem wszyscy poszli na nową odsłonę „Szybkich i Wściekłych”. Seria duetu Diesel/Walker jest bez wątpienia fenomenem w kinematografii oraz poniekąd symbolem naszych czasów, w których największą popularnością cieszą się produkcje lekkie, proste i trafiające w gusta jak najszerszej widowni. Wystarczy tutaj wspomnieć że Furious 7 jest dopiero trzecim filmem, po Titanicu i Avatarze, który zarobił poza USA ponad miliard dolarów. Dlaczego o tym wspominam? Bo z grami jest podobnie. Jako przykład podam sytuację z liceum. Były to czasy, gdy elektroniczna rozrywka nie była tak popularna jak dzisiaj i skupiała wokół siebie dość wąskie grono zapaleńców. Mało kto kojarzył wtedy więcej niż kilka tytułów, ale dwa znali prawie wszyscy. Jednym była FIFA. A drugim Need for Speed: Underground.

Need for Speed przez lata był najpopularniejszą serią arcade’owych ścigałek, a jej początki sięgają aż 1994 roku. O Undergroundzie jednak ciężko jest pisać w oderwaniu od “Szybkich i Wściekłych”. Kinowy hit zapoczątkował modę na uliczne wyścigi pod osłoną nocy, w których udział biorą mocno podrasowane samochody seryjne. Jako że były one głównie pochodzenia japońskiego, w USA mówiło się o “import car scene”. EA szybko wyczuło niszę na rynku komputerowym i postanowiło zapełnić ją produkcją spod popularnego szyldu Need For Speed. W ten sposób na salony wjechał NFS: Underground. Część ta dość mocno zrywała z tradycją, bowiem we wcześniejszych tytułach z serii zasiadaliśmy głównie za kierownicą luksusowych, egzotycznych i nieprzyzwoicie szybkich maszyn. Tu natomiast na dzień dobry (albo raczej dobry wieczór) otrzymywaliśmy poczciwego Civica.

Podstawowym trybem gry jest singlowy “Underground”, który zabiera nas w świat odpicowanych, tuningowanych pojazdów, nielegalnych nocnych wyścigów, pięknych kobiet i niebezpiecznych prędkości. Startujemy jako żółtodziób za kółkiem auta, po którego sprzedaży nawet Niemiec by nie płakał, a naszym celem jest uzyskanie tytułu ulicznego króla. Sięgnięcie po koronę możliwe jest jedynie poprzez wykonanie sporej ilości zadań i wyzwań, otrzymywanych poprzez system video zamontowany w naszej maszynie. Twórcy starali się nadać fabule trochę kinowy charakter wplątując kilka sekwencji filmowych, niemniej jednak efekt końcowy nie jest aż tak przekonywujący i raczej mamy wrażenie grania w grę komputerową niż bycia wirtualnym “szybkim i wściekłym”. Nie znaczy to jednak, że Undergrounda pozbawiono klimatu. Ten jest naprawdę wyrazisty, przez co bardzo łatwo można było wsiąknąć w przedstawiony świat.

Na początek warto poruszyć temat rodzajów wyścigów, które w tego typu produkcjach odgrywają przecież zasadniczą rolę. Mamy tutaj oczywiście typowe wyścigi, podzielone na point-to-point (otwarta trasa z punktu A do B), circuit (kilka okrążeń po zamkniętej trasie) i knockout (ostatni kierowca odpada po każdym okrążeniu, zwycięża ten który jako ostatni zostanie na trasie). Aby jednak urozmaicić doznania i samą rozgrywkę, autorzy dodali dwa nowe rodzaje – Drift i Drag. Oba idealnie wpasowują się w tematykę Undergrounda. Pierwszy oparty jest na wykorzystywaniu hamulca ręcznego i wprowadzaniu naszego pojazdu w ślizg. Im bardziej widowiskowy, tym więcej punktów za niego dostajemy. Liczy się zatem przede wszystkim precyzja, umiejętne driftowanie w zakrętach oraz unikanie kontaktu z bandami okalającymi trasę. Drag natomiast jest wirtualną wersją wyścigu na ćwierć mili. Długa prosta i czterech rywali ustawionych w linii, wygrywa pierwszy przekraczający metę. Naszym głównym zadaniem jest zmiana biegów we właściwym momencie oraz unikanie innych uczestników ruchu drogowego. O ile na początkowym etapie jest to dość proste, o tyle pod koniec, gdy już osiągamy naprawdę zawrotne prędkości, wymaga refleksu oraz dużego skupienia. Tryb Underground jest zatem takim miszmaszem powyższych typów wyścigów.

Warto przy okazji wspomnieć o świetnie oddanym poczuciu prędkości, potęgowanym za pomocą rozmytego obrazu. Inną kwestią jest natomiast ruch uliczny. Z jednej strony nadaje realizmu wyścigom, z drugiej potrafi dać się we znaki. Wynika to z faktu, że nie zawsze jesteśmy w  stanie uniknąć zderzenia z nadjeżdżającym samochodem, np. w przypadku gdy wchodzimy w zakręt i nie wiemy co się za nim kryje. Zmusza nas to do ostrożniejszego ich pokonywania i niekiedy zdjęcia palca z gazu. Na szczęście nasi rywale nie są nieomylni i również popełniają błędy. Zresztą seria NFS zawsze dbała o to, by ani gracz, ani komputerowi przeciwnicy nie byli w stanie osiągnąć nadmiernej przewagi uniemożliwiającej dogonienie lidera, tak byśmy cały czas znajdowali się w centrum wydarzeń. Nie ma co ukrywać, nie jest to Forza Motorsport. Tutaj zabawa stoi w hierarchii znacznie wyżej niż realizm.

Najmocniejszym punktem całej produkcji oraz głównym źródłem motywacji do dalszej zabawy są jednak samochody oraz ich modyfikacje. Zerwano tutaj z dotychczasowym lineupem kojarzonym z serią NFS, nie zasiądziemy zatem za kierownicą takich potworów jak Ferrari czy Lamborghini. Underground stawia raczej na zwykłe samochody, głównie o azjatyckim rodowodzie. Mamy więc znane i lubiane egzemplarze jak Suprę, Imprezę, Lancera, Tiburona, 350Z, Skyline GT-Ra czy też nawet swojskiego Golfa. Razem około 20 modeli. Że niby niewiele? Tak naprawdę to nie liczba jest tutaj istotna, a magiczne słowo “tuning”. To ono sprawia, że każdy ma szansę stworzyć maszynę o której zawsze marzył. Z jednej strony ulepszamy osiągi naszego samochodu, ten element jednak dość uproszczono. Podczas kariery odblokowujemy pakiety silników, skrzyni biegów, nitro itd. Są one podzielone na trzy poziomy, a statystyki samochodu automatycznie podnoszą się o określoną wartość po ich zamontowaniu. Nie wymaga to od nas żadnej dodatkowej roboty i ciężko oprzeć się wrażeniu, że można było nadać większej głębi grzebaniu pod maską.

Gra rozwija jednak skrzydła w temacie tuningu wizualnego. W przeciwieństwie do ulepszeń mechanicznych liczba dostępnych opcji jest tutaj ogromna, a łączenie ich w jedną całość może przyprawić o niemały ból głowy. Na początku stajemy się posiadaczem auta wolnego, brzydkiego i po prostu odstającego od standardów panujących podczas nocnych wyścigów. Po kilku godzinach odblokowujemy jednak kolejne pakiety (również trzy poziomy) ulepszeń wizualnych. A jeden pakiet, np. 2 poziom spojlerów, to wiele nowych opcji do wyboru. Części pochodzą od wielu renomowanych firm, takich jak AEM, Enkei, Jackson Racing, HKS czy StreetGlow. Każdy znajdzie zatem tu coś dla siebie i będzie w stanie wykreować auto ze swych snów. Wystarczy jeszcze zmienić farbę, dodać winyle, kilka ulepszeń karoserii i voila – można ruszać w miasto! Rakieta rodem z “Szybkich i Wściekłych” wyjeżdża z garażu. Z ciekawostek warto wspomnieć, iż autorzy starali się umocnić więź z naszą maszynką poprzez możliwość trafienia co jakiś czas na okładkę magazynu. Mała rzecz, a cieszy.

A jak prezentuje się samo miasto? Jak na tamte czasy znakomicie! Bardzo łatwo było poczuć klimat śródmieścia dużej metropolii. Mamy zatem wieżowce, szerokie ulice, neony, ruch na drodze – słowem wszystko to czego moglibyśmy oczekiwać od produkcji poświęconej nocnym wyścigom. Pozytywny efekt potęgują refleksy świetlne na mokrej nawierzchni czy też efekt rozmycia towarzyszący nam podczas osiągania dużych prędkości. Jest jednak jedno ale – niebezpieczeństwo monotonii. W końcu cały czas jeździmy w nocy po ulicach utrzymanych w jednej konwencji. Sytuacji nie poprawia fakt obecności niezbyt dużej ilości tras, przez co często mamy wrażenie poruszania się po tych samych miejscach. Mi osobiście takie rozwiązanie nie przeszkadzało, bowiem radość z jazdy była na tyle spora że spokojnie przymykałem oko na jednostajny krajobraz. Niemniej jednak interesująca byłaby opcja podróżowania po świecie i ścigania się w różnych miastach, dodatkowo przy zmieniającej się pogodzie i systemie dnia i nocy. Aha, i ważna informacja – w Undergroundzie nie uświadczymy policji! Jak się okazuje służby mundurowe nie są ani trochę zainteresowane tym co dzieje się na ulicach. Niebiescy wrócili do serii przy okazji NFS: Most Wanted.

Z technicznego punktu widzenia Undergroundowi nie można nic zarzucić. Pod względem grafiki mieliśmy do czynienia z jednym z najlepiej wyglądających racerów, ale w sumie wszyscy oczekiwali tego od tak głośnego tytułu. Jako że poruszamy się po mieście jedynie w nocy, twórcy przywiązywali ogromną wagę do oświetlenia, refleksów i feerii barw jaka miała nam towarzyszyć podczas zabawy. Tak mocno przejęli się tym elementem, że aż zatrudnili nominowanego do Oscara eksperta od efektów wizualnych jako konsultanta w tej dziedzinie! Efekt końcowy był naprawdę olśniewający, chociaż ktoś ironicznie mógłby stwierdzić że silnik gry został stworzony jedynie po to by generować poprawnie dwa elementy – mokre ulice i nocne światła. Znakomicie prezentowały się również modele samochodów, szczególnie po tuningu. Każda zamontowana część w widoczny sposób zmieniała wygląd naszej maszyny, co zwiększało motywację do spędzania większej ilości czasu w garażu.

W tego typu produkcji bardzo ważną rolę odgrywa także muzyka. Twórcy na szczęście nie zawiedli również i w tym względzie, implementując do gry system EA Trax znany m.in. z NBA Live 2003, FIFA 2003 czy NFS: Hot Pursuit 2. Bibliotekę utworów powiększono, dzięki czemu do naszych uszu dolatywały dźwięki wielu stylów muzycznych, od rocka po rap. Nie wszystkie może idealnie pasowały do klimatu Undergrounda, ale przynajmniej każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Takie utwory jak “Fortress Europe” czy “And the Hero will Drown” do tej pory znajdują się na mojej samochodowej playliście. Same dźwięki również wypadają przekonująco. Eksperci z EA nagrywali prawdziwe samochody by uzyskać jak najlepszy efekt, dzięki czemu odgłosy otarć, pisku opon czy też odpalanego nitro brzmią świetnie. W przypadku Undergrounda mieliśmy do czynienia z muzyczną ekstraklasą.

NFS: Underground był eksperymentem, próbą wskoczenia w nowy temat poświęcony nocnym wyścigom i tuningowanym pojazdom. Z perspektywy czasu można śmiało uznać, że był to eksperyment jak najbardziej udany. Do dziś Underground pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych części bogatej serii Need For Speed. Dlaczego tak się stało? Bo błyszczał tam gdzie miał błyszczeć. Świetna grafika, znakomita muzyka, rozbudowane opcje tuningu, unikalny klimat nielegalnych wyścigów. To wszystko sprawiło, że ludzie masowo rzucili się do sklepów, a o Undergroundzie zrobiło się głośno również w kręgach osób niezwiązanych na co dzień z grami. Bo przecież kto nie chciałby wyjechać na podbój miasta swoim podrasowanym Civiciem?