Czego tak naprawdę szukamy w grach? Nie da się podać jednej uniwersalnej odpowiedzi na tak postawione pytanie, ale pewnie w przypadku dużej części graczy byłaby to rozrywka, ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu. Na przestrzeni lat poznałem mnóstwo gier, które zapewniły mi wiele godzin satysfakcjonującej zabawy. Jednak ile z nich tak naprawdę pozostało ze mną na zawsze? Niewiele, co zresztą jest jednym z głównych powodów dla których zacząłem prowadzić Negropolię. Są jednak takie tytuły, czasami poznane przez przypadek, których nie sposób zapomnieć. Tytuły, w które się nie gra a doświadcza, przeżywa. Które są tak dużą emocjonalną bombą, że jeszcze długo po ujrzeniu napisów końcowych nie jesteśmy w stanie dojść do siebie, mając świadomość że właśnie obcowaliśmy z czymś niezwykłym. Jednym z takich tytułów jest Life is Strange.

Zanim jednak przejdziemy do najnowszego dziecka francuskiego studia DontnoD Entertainment, trzeba poruszyć temat ich wcześniejszego dzieła Remember Me. Osadzona w futurystycznym Neo-Paryżu cyberpunkowa opowieść oczarowywała pod wieloma względami. Gracze i prasa branżowa docenili przede wszystkim wyjątkowy design stolicy Francji, interesujący scenariusz oraz nowatorski system grzebania w pamięci. Główna bohaterka, Nilin, była bowiem łowczynią pamięci oraz członkinią Errorystów, podziemnej grupy walczącej z potężną korporacją Memorize. Posiadała umiejętność zmieniania wspomnień innych osób, co miało następnie wpływ na zachowanie ofiar modyfikacji. Skoro gra posiadała tyle mocnych elementów to dlaczego nie odniosła sukcesu? Poległa bowiem na polu mechaniki. Słaby system walki, mało intuicyjne poruszanie się po mieście i niedoróbki techniczne – tutaj Remember Me odstawało od produkcji z pierwszej ligi. Francuzi z DontnoD, dla których był to premierowy tytuł, pokazali jednak ogromny potencjał pod kątem innowacyjności, designu i wrażliwości. Co jednak zrobić, by kolejnym razem ukryć braki w technicznym szlifie?

Z pomocą przyszedł w miarę nowy gatunek gier epizodycznych, wzorowanych na serialach telewizyjnych. Rozpropagowany przez studio Telltale Games (The Walking Dead, The Wolf Among Us, Tales from the Borderlands), znalazł wielu naśladowców zainteresowanych wydawaniem swego tytułu nie w całości, a fragmentarycznie w określonych przerwach czasowych. Osobiście takie produkcje określam mianem przygodówek XXI wieku, bowiem w nich, niczym w lustrze, najlepiej odbija się twarz naszych czasów. Na przestrzeni ostatniej dekady twórcy gier odchodzili od tworzenia produkcji trudnych, skomplikowanych, wymagających poświęcania im zbyt dużej ilości wolnego czasu na rzecz natychmiastowej satysfakcji z oferowanej rozgrywki i w miarę niezakłóconego pochłaniania historii. Gry przygodowe przeszły długą drogę od czasów serii Monkey Island (czy nawet rodzimego Jacka Orlando) do Life is Strange.

Czy to jednak źle, że doszło do tak znaczącego uproszczenia tego gatunku? DontnoD udowadnia, że niekoniecznie. Wielogodzinne szperanie po lokacjach w poszukiwaniu przedmiotów, rozwiązywanie zagadek i samodzielne dochodzenie do wszystkiego miało swój urok dwadzieścia lat temu. Czasy się jednak zmieniają i wraz z nimi ewoluuje również nasze hobby. Gry epizodyczne w mniejszym stopniu angażują nasze szare komórki, jednocześnie jednak potrafią mocniej pobudzić emocje. Nie napotykając na utrudnienia spowalniające rozgrywkę jesteśmy w stanie bardziej zaangażować się w wydarzenia na ekranie. Mechanika oraz technikalia schodzą tutaj na dalszy plan – najważniejsze są historia oraz magnetyzm trzymający gracza aż do napisów końcowych. Czyli środowisko wymarzone dla „wrażliwców” z DontnoD.

Autorzy zabierają nas do fikcyjnej amerykańskiej miejscowości Arcadia Bay. Nasza podopieczna, Max Caulfield, jest uczennicą klasy fotograficznej tamtejszego liceum Blackwell Academy. Osadzenie akcji w bądź co bądź rzadko wykorzystywanych realiach jest doskonałym posunięciem. Z jednej strony jesteśmy świadkami typowych dla nastolatków w okresie dojrzewania sytuacji jak bójki, znęcanie się nad słabszymi, dramaty sercowe itd. Pod tą pozornie infantylną otoczką kryje się jednak nieprawdopodobnie dojrzała produkcja, poruszająca wiele ważnych tematów społecznych i niejako domagająca się od gracza zastanowienia się nad nimi. Takie spontaniczne chwile refleksji pod wpływem wydarzeń na ekranie dalej są rzadkością w grach i choćby z tego powodu należy je doceniać. Life is Strange to jednak opowieść przede wszystkim o przyjaźni. Dodam że przyjaźni dość niezwykłej, bowiem Max i jej kumpelę Chloe różni wszystko. O ile ta pierwsza jest twardo stąpającą po ziemi, spokojną i rozsądną dziewczyną, o tyle druga jest postrzeloną chłopczycą, co chwilę pakującą się w kłopoty. Powiedzenie o przyciągających się przeciwieństwach pasuje tu jak ulał. W wielu sytuacjach będziemy się jednak mogli przekonać jak silna jest więź między obiema dziewczynami, a ich wzajemne relacje są bardzo mocnym, i bardzo ludzkim, elementem gry.

Od strony fabularnej Life is Strange prezentuje się znakomicie. O ile na początku możemy mieć poczucie brania udziału w zwykłym, czasami niepoważnym życiu licealnym, tak z każdym kolejnym odcinkiem atmosfera się zagęszcza i z cukierkowej konwencji przechodzi w coraz mroczniejszą opowieść. Max wraz z Chloe będą starać się rozwikłać dwie tajemnice. Pierwsza związana jest z ogromnym sztormem, który w wizji Max niszczy całą miejscowość. Sytuacji nie poprawia fakt, iż każdy kolejny dzień (5 odcinków odpowiada 5 dniom na przestrzeni których dzieje się akcja) kończy się inną anomalią, niechybnie zwiastującą nadejście wspomnianego sztormu. Druga natomiast dotyczy zaginięcia Rachel Amber, z którą Chloe trzymała się blisko podczas nieobecności Max w Arcadia Bay. Nic więcej jednak nie zdradzę, oprócz tego że obie tajemnice odkrywa się z ogromną przyjemnością.

W  Remember Me mogliśmy zmieniać wspomnienia, a co DontnoD przygotowało dla nas tym razem? Otóż Max poznajemy w dość niezwykłym momencie jej życia, nasza bohaterka bowiem odkrywa umiejętność cofania czasu. Ta niecodzienna zdolność staje się również podstawą dla większości zagadek jakie przyjdzie nam rozwiązywać podczas przygody. Autorzy i w tym względzie wykazali się pomysłowością – różnorodność łamigłówek jest dość spora i nie miałem poczucia że co chwilę wykonuję te same czynności. Co więcej, w całej historii nie zauważyłem nielogiczności lub niespójności, o co przecież nietrudno podczas ciągłych zabaw czasem. Sam temat przemieszczania się w czasie, mimo że trudno nazwać go odkrywczym, zaprezentowany został w świeży i interesujący sposób.

Life is Strange na tle innych gier wyróżnia również niesamowity artyzm obecny w zasadzie w każdym z jej elementów. Charakterystyczna, lekko komiksowa (ale nie aż tak jak w produkcjach Telltale Games) grafika potrafi momentami zauroczyć, głównie dzięki pięknym krajobrazom oraz świetnym ujęciom kamery. Jest to o tyle ważne, że mamy tutaj do czynienia w zasadzie z interaktywnym serialem, podczas którego spore fragmenty spędzamy na dialogach i przerywnikach filmowych. Ogromne wrażenie robi również muzyka, doskonale dopasowująca się do wydarzeń na ekranie. Spokojne, nastrojowe kawałki zostały dobrane w bezbłędny sposób – polecam zapoznanie się z soundtrackiem. Life is Strange to doskonale przemyślana, spójna całość, którą śmiało można określić małym dziełem sztuki.

Gry epizodyczne mają tę zaletę, że nie trzeba kupować od razu całego kota w worku. Zawsze można sprawdzić pierwszy epizod (czasami dostępne są za darmo – swoiste demo!) i jak nie podejdzie po prostu zapomnieć o reszcie. W przypadku Life is Strange również warto ten pierwszy odcinek przetestować, bowiem nie jest to produkcja która trafi do każdego – przecież nie wszyscy, jak było wspomniane we wstępie – szukamy w grach tego samego. Jeżeli jednak przemówi do Ciebie konwencja i zdecydujesz się pomóc Max w rozwiązaniu jej tajemnic, zapewniam Cię – pokochasz tę grę.