Negropolia.pl

Tam gdzie gry spoczywają w pokoju

Książę i Tchórz

Książę i Tchórz to już trzecia opisywana przeze mnie gra z rodzimym rodowodem, mająca jednocześnie wiele wspólnego z wcześniejszymi dwoma. Z jednej strony, tak jak Jack Orlando, jest przygodówką typu point’n’click. Z drugiej natomiast została stworzona przez ojców Gorky 17 – studio Metropolis Software. Dla firmy Adriana Chmielarza i Grzegorza Miechowskiego nie było to bynajmniej pierwsze spotkanie z gatunkiem, bowiem obaj panowie mieli już na swoim koncie całkiem udaną Tajemnicę Statuetki oraz Teenagenta. Dodajmy do tego pomoc ze strony uznanego pisarza fantasy – Jacka Piekary, inspirację fenomenalną serią Monkey Island oraz wszechobecny humor odnoszący się do swojskich klimatów i popkultury, i powoli mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego KiT (dość niefortunny skrót, na szczęście nie odzwierciedlający jakości gry) uznawany jest powszechnie za szczytowe osiągnięcie rodzimego gamedevu w kategorii point’n’click.

Pierwszy kontakt z grą nie nastraja jednak optymistycznie. Na dzień dobry witani jesteśmy przydługim i usypiającym intro, w którym czarodziej Arivald przybliża nam przedstawioną w grze historię. Prezentując spory brak synchronizacji wypowiadanych kwestii z ruchem ust, opowiada o młodym chłopaku, którego marzenia o przygodach i sławie doprowadzają do zawarcia demonicznego paktu z diabłem. W jego wyniku dusza chłopaka zostaje przeniesiona w ciało księcia Galadora, syna władcy zamku Garrahan. Pech chciał, że nastąpiło to akurat w momencie pojedynku z Czarnym Rycerzem. Przerażony bohater tchórzliwie uciekł z pola walki, okrywając się jednocześnie hańbą i niszcząc tym samym reputację księcia. Graczowi nie pozostaje zatem nic innego, jak pomóc mu w odnalezieniu i ukaraniu diabła oraz odzyskaniu własnego ciała.

Przygodę rozpoczynamy na cmentarzu, gdzie nasze uszy atakuje dość irytująca melodia. Na szczęście jest to jedyne miejsce w grze, gdzie doświadczą one tego typu cierpienia. Lokacja ta jest niejako swoistym tutorialem, podczas którego możemy szybko zapoznać się ze sterowaniem. Kliknięcie na przedmiocie lub postaci wyświetla listę akcji, jakie możemy wykonać. Mamy tutaj do wyboru takie polecenia jak “daj”, “użyj”, “porozmawiaj”, “zabierz” czy też “otwórz”. Przykładowo, kliknięcie na leżącej łopacie i wybranie opcji “zabierz” spowoduje, iż trafi ona do naszej kieszeni. A kliknięcie na Grabarzu i wybranie „porozmawiaj” rozpocznie konwersację z gburowatym jegomościem. Pod wpływem werbalnego molestowania Grabarz przypadkowo wskrzesza martwego od ponad tysiąca lat czarodzieja Arivalda, który wcześniej pojawił się w opowiadaniu “To, co najważniejsze” Jacka Piekary . W grze natomiast pełni rolę narratora oraz naszego głównego pomocnika. Pod warunkiem, że akurat nie jest zajęty opróżnianiem kolejnego kufla piwa.

Obcowanie z KiTem to przyjemność w najczystszej postaci. Składa się na to wiele elementów. Zacznę może od pięknej, baśniowej grafiki, urzekającej wieloma szczegółami. Osoby odpowiedzialne za lokacje, czyli Andrzej Kukuła i Andrzej Mitura, odwalili tutaj kawał doskonałej roboty. Miasto, zamki Garrahan i Fjord, kurhan, pustelnia i wiele innych miejsc, a w końcu same piekło – każde ma swój unikalny klimat, powodujący że nie raz zatrzymamy się na chwilę by popodziwiać kunszt grafików. Bogactwo szczegółów i detali również potrafi oczarować. Walające się czaszki, miecze czy pergaminy, przytulna karczma, bogaty w przedmioty różnej maści sklep alchemika – przykłady można by mnożyć. Lokacjom nie ustępowały pola animacje postaci, często komiczne i mimowolnie zmuszające gracza do uśmiechu. Mimika, ruchy, zachowania – to wszystko sprawiało, że mieliśmy wrażenie uczestniczenia w wysokiej jakości kreskówce. Wizualia spotkały się z uznaniem również poza granicami naszego kraju. Na przykład Charles Cecil z Revolution Software, firmy odpowiedzialnej za świetną serię przygodówek Broken Sword, wyraził podziw dla dzieła Metropolis przyznając, że Polacy zrobili lepsze animacje niż on sam. Bez wątpienia KiT jest jedną z najbardziej baśniowych gier w historii.

Postacie napotykane na naszej drodze zasługują na osobny akapit. Twórcy nie poszli w tym wypadku w ilość, a zdecydowanie w jakość. Każda z nich jest wyrazista i unikalna, posiadająca jakąś cechę wyróżniającą ją z tłumu. Najwięcej czasu spędzimy oczywiście z naszym księciem, z którym bardzo szybko można się zaprzyjaźnić. Bystry i wygadany chłopak nie tylko rozbawia nas swoimi tekstami, ale również wyglądem, z nieszablonową fryzurą typu płetwa z przodu, płetwa z tyłu. Poznany na cmentarzu Arivald to też niezły gagatek. Jego ulubionym miejscem przebywania jest zydel w karczmie, gdzie najczęściej zastajemy go z kuflem piwa w dłoni. Wiele razy okaże się jednak niezastąpiony, wspomagając nas swoją wiedzą i umiejętnościami magicznymi. Do grona bohaterów pierwszoplanowych zaliczyć należy również tajemniczą dziewczynę, którą poznajemy w połowie gry. Skrywając przed nami nie tylko swoje motywy, ale również twarz pod maską, towarzyszy nam w misji dostania się do piekła. Pomimo ciągłych utarczek słownych widać, że ta para ma się ku sobie. Postacie poboczne także zasługują na brawa. Chudy zakonnik który chce przytyć, uzależnieni od gry w kości kupcy, zapomniane bóstwo czy też Pan Słońce – w zasadzie każda osoba z którą mamy styczność jest oryginalna, interesująca i wnosi nieco kolorytu do przygody. Z reguły są one przerysowane, ale przy tym zabawne i dowcipne.

I właśnie tutaj dochodzimy do moim zdaniem najmocniejszej składowej KiTa – humoru. Jest on w tej produkcji wszechobecny. Wypowiedzi bohaterów i dialogi między nimi pełne są ciepłego, przyjemnego, i co również istotne inteligentnego humoru. Często można złapać się na próbowaniu wszystkich opcji dialogowych z daną postacią jedynie po ty, by przedłużyć przyjemność płynącą z konwersacji i poznać odpowiedzi przygotowane przez twórców. Autorom fantastycznie udało się przygotować ten element. Rozmowy nie nużą, co chwilę zaskakując czymś nowym i zabawnym. Wprawne oko dostrzeże także wiele gagów, aluzji i odniesień do popkultury. Trzeba tutaj dodać, że nawiązywały one głównie do polskiej (ale nie tylko) rzeczywistości i kultury, co podnosiło atrakcyjność produkcji dla rodzimych graczy. Już w pierwszej scenie rozkopywanie grobowców może powodować skojarzenia z Tomb Raiderem. W jednym z nich znajdujemy wiedźmiński medalion z głową wilka, który w dalszej części gry wręczamy tajemniczemu jegomościowi. Możliwe że i samemu Geraltowi, ponieważ wspomina podczas rozmowy o Blaviken. Karczmarz na wzmiankę o krasnoludzie napomyka o klienteli z owłosionych nogami, mając pewnie na myśli Hobbitów. Ba, zresztą sam Arivald pochodzi z Silmaniony (do której również trafimy), której nazwa jest bardzo podobna do Silmarillionu Tolkiena. Przenosząc się na chwilę do teraźniejszości zmierzymy się natomiast z rzeźnikiem, przeżywając scenę żywcem wyciągniętą z Lśnienia Kubricka.

Z wizytą w teraźniejszości (w której ludzie posługują się dziwacznym językiem przypominającym węgierski) wiąże się zabawne niedopatrzenie twórców, bądź też brak komunikacji między scenarzystami a grafikami. Mianowicie przenosimy się tam w celu zebrania przedmiotów niezbędnych do stworzenia zabójczego dla wampirów krucyfiksu, a jednym z nich jest czosnek. Problem w tym że… czosnek wesoło wisi sobie w karczmie, zatem teoretycznie nie powinno być potrzeby zadawania sobie takiego trudu by go zdobyć! Oprócz podróży w czasie doświadczymy wiele innych ciekawych momentów. Między innymi przyjdzie nam okraść złodzieja lub też odgadnąć imię dawno zapomnianego bóstwa. Pechowo znamy wszystkie litery oprócz… ostatniej. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak zgadywać jego imię tak długo, aż trafimy właściwą końcówkę.

Zagadki z reguły są dość logiczne i zwykle jesteśmy w stanie na własną rękę znaleźć rozwiązanie. Niemniej jednak zdarzają się momenty, w których tak naprawdę do końca nie wiemy, co robić dalej. Niezbędne zatem jest uważne śledzenie dialogów, ponieważ nie zaimplementowano tutaj żadnego dziennika ani systemu wskazówek. Czasami nie obędzie się również bez jeżdżenia kursorem po ekranie w celu znalezienia małego przedmiotu (np. łuski smoka na moście prowadzącym do zamku Fjord), ale taki już urok gier point’n’click. Miejscami twórcy zaszaleli i wstawili fragmenty zręcznościowe, które raczej były źródłem frustracji u gracza niż błogiej przyjemności. W Silmanionie dla przykładu musieliśmy zdobyć książkę znajdującą się poza zasięgiem rąk księcia. By ją strącić, należało najpierw trafić ptaka kamieniem, a następnie książkę. Trzeba było to jednak zrobić szybko, bowiem ptak po chwili spędzonej w powietrzu lądował sobie spokojnie na skale. Złą sławą okryła się również ucieczka z piekielnej celi, gdzie by przesunąć blokujący przejście głaz należało na przemian klikać prawy i lewy przycisk myszy. W błyskawicznym tempie. Prawdziwy mouse killer. W piekle doświadczyłem również osobiście najbardziej irytującej łamigłówki w grze. W zależności od naszej odpowiedzi na zabawne pytanie o nasze grzechy (płaciłem podatki/nie płaciłem podatków/pobierałem podatki) diabeł wysyłał nas do pomieszczenia, w którym panujące warunki odpowiadały ciężarowi grzechu. Najlepsze panowały w przeznaczonym dla poborców podatkowych, gdzie musieliśmy zdobyć sztuczny, kamienny udziec, który ugrzązł jednak na suto zastawionym stole. Po około pół minucie z powrotem przenosiliśmy się do diabła. Cała sztuka polegała na tym, by złapać udziec i się z nim mocować akurat w momencie, w którym miało dojść do teleportacji z grzesznego apartamentu. Wstrzelenie się co do sekundy było konieczne, bowiem jedynie wtedy wracaliśmy do diabła z udźcem. Konia z rzędem temu, kto wpadł na to z marszu. A po kilku lub kilkunastu próbach i przenoszeniu się wte i wewte nawet święty straciłby cierpliwość.

Ale co z tego, skoro pomimo tych przeciwności losu chciało się grać i grać. KiT zniewalał gracza swym urokiem, ciepłem, zewsząd bijącą radością i oceanem humoru. Bez wątpienia był jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku pod względem fabularnym i wizualnym. Metropolis udało się stworzyć piękną baśń, której odbiorcami mogą być zarówno dzieci, jak i dorośli. Ba, ci drudzy może nawet lepiej będą się przy niej bawić, dostrzegając częste odwołania i aluzje czy też doceniając znakomite, czasami dwuznaczne dialogi. Po produkcję tę można śmiało sięgnąć również dzisiaj, gdyż nic nie straciła ze swej magii. W towarzystwie Galadora, Arivalda i innych fantastycznych osobistości można zapomnieć o troskach życia codziennego, całkowicie poddając się baśniowej opowieści. Opowieści obowiązkowo z happy endem. 

Previous

Eskadra Łotrów

Next

Rozdzieracz Dusz

3 Comments

  1. Buka

    Grałeś w Torin’s Passage? Mógłbyś zrobić wpis o tej grze? 😊

    • Błażej

      Przyznam się szczerze, że udało Ci się mnie zaskoczyć. Nie kojarzyłem tego tytułu, więc poszperałem trochę w sieci i co znalazłem? Nie dość że Sierra, to na dodatek maczał w niej palce sam Al Lowe, ojciec serii o Larrym Lafferze! Jak zatem mogłem ominąć tę pozycję? Powód wydaje się prozaiczny – gra została wydana w 1995 roku, a ja wtedy jeszcze nie posiadałem komputera 😛

      Kto wie, może kiedyś przy odrobinie wolnego czasu uda mi się nadrobić tę zaległość 😉 Oczywiście możesz także sama podzielić się z nami swoimi wspomnieniami związanymi z Torinem, szczegóły znajdziesz w zakładce „Gościnnie” 🙂

      • Buka

        Mam sentyment do tej gry, bo to była moja pierwsza przygodówka. Drugą był Jack Orlando. 😁

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén