Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… Albo wcale nie tak dawno, ani tym bardziej tak daleko. Na przełomie wieków gry spod znaku Gwiezdnych Wojen nie miały najlepszej passy, a przykładami świadczącymi o kryzysie można było rzucać jak z rękawa. Star Wars: The Phantom Menace, SW: Force Commander, SW: Galactic Battlegrounds czy SW: Battle for Naboo – wszystkie te tytuły dzieliły lata świetlne od wysokich ocen w pismach branżowych. Sytuacja była tak kiepska, że nawet najwierniejsi fani uniwersum Lucasa powoli przestawali wierzyć w Moc drzemiącą w gwiezdnowojennych tytułach. Ten stan rzeczy na szczęście nie trwał wiecznie i znalazł się śmiałek, który podjął wyzwanie sprowadzenia produkcji Star Wars na właściwe tory.

Odrodzenie te interesująco współgra z losami głównego bohatera serii. Kyle Katarn również przeżywał trudne chwile by ostatecznie wyjść na prostą, a więcej o nim możecie przeczytać w Trójkach. Swoisty starwarsowy renesans zawdzięczamy natomiast studiu Raven Software, które w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku zaznaczyło swoją obecność na rynku produkcjami spod szyldu Heretic, Hexen oraz Soldier of Fortune. Osoby odpowiedzialne za markę Star Wars czuły, że jeżeli ktoś będzie w stanie sprostać wyzwaniu dostarczenia znakomitej gry FPP/TPP, to właśnie „Kruki”. I tak oto Kyle powrócił na ścieżkę Mocy w SW Jedi Knight II: Jedi Outcast.

Jedi Outcast jest jedną z mroczniejszych cyfrowych produkcji osadzonych w gwiezdnowojennym uniwersum. Wpływ na to ma zarówno klimat oraz fabuła (akcja rozgrywa się 8 lat po wydarzeniach przedstawionych w Powrocie Jedi), jak i miejscówki które przychodzi nam odwiedzić. Zaczyna się niewinnie – Kyle wraz z Jan Ors zostają wysłani do zbadania opuszczonej bazy imperialnej na skalistym Kejim. Jak to jednak w życiu gracza często bywa, na miejscu okazuje się że baza wcale nie jest opuszczona i wszędzie roi się od szturmowców. Co więcej, nasi bohaterowie natrafiają na ślady badań nad kryształami podobnymi do tych wykorzystywanych w mieczach świetlnych. Trop ten prowadzi do górniczej kolonii na Artus Prime, przemienionej w imperialną fortecę służącą do przeprowadzania tajemniczych eksperymentów na górnikach. Wyprawa kończy się jednak niefortunnie dla Jan, porwanej przez Mrocznego Jedi Desanna i następnie zgładzonej z rąk jego uczennicy – Tavion.

Bezsilny i wściekły na siebie Kyle wyrusza więc do Doliny Jedi w celu odzyskania kontaktu z Mocą. Odwiedza także Akademię by spotkać się z Luke’iem Skywalkerem oraz przejść trening Jedi. Luke ostrzega go przed Desannem, swoim byłym uczniem, oraz przekazuje informacje łączące go z kryminalnym lordem Reelo Barukiem. A gdzie taki lord może przebywać? Oczywiście w najbardziej podłym miejscu w całej galaktyce – Nar Shaddaa. Reelo ostatecznie okazał się jednak mało przydatny, bo z jednej strony nie chciał dobrowolnie kooperować, a z drugiej był kiepsko poinformowany. Na szczęście Kyle wpadł w międzyczasie na innego znajomego z filmowej sagi – Lando Carlissiana, a takie spotkanie mogło zakończyć się jedynie podróżą na Bespin. Chmurne Miasto jednak również nie okazało się zbyt gościnne, bowiem tutaj po raz pierwszy Katarn musiał stawić czoła posługującym się Mocą i mieczami świetlnymi Rebornom, a na końcu czekała na niego Tavion. Po zaciętej walce Kyle daruje jej życie, ona natomiast odwdzięcza się informacją o Jan – przyjaciółka Katarna żyje i przebywa na pokładzie Doomgivera, a upozorowanie jej śmierci miało jedynie zmusić naszego bohatera do odwiedzenia Doliny Jedi. Tajemnica Rebornów została rozwiązana – Desann odkrywając położenie Doliny wykorzystał ją do stworzenia armii wyczulonych na Moc mrocznych rycerzy.

Następnym przystankiem staje się baza imperialna na Cairn, gdzie cumuje Doomgiver. I tu kolejnym zaskoczeniem okazali się Shadowtrooperzy, czyli Reborny wyposażone w specjalną zbroję umożliwiającą częściową niewidzialność. Pomimo ich obecności Kyle’owi udaje się przedostać na pokład Doomgivera, odnaleźć Jan i przez komunikator wezwać Eskadrę Łotrów przed wejściem w nadprzestrzeń. Cel podróży okazał się szokujący, bowiem przed oczami naszej dwójki ukazał się dobrze znany Yavin IV. Główny zamiar Desanna stał się oczywisty – zniszczenie Akademii Jedi. Dezaktywując tarcze Doomgivera i pozostawiając Eskadrze dopełnienie dzieła zniszczenia statku, Kyle i Jan w kapsule ratunkowej wyruszają w stronę zielonego księżyca.

Scena po lądowaniu jednoznacznie wskazywała, że uczucie między tą dwójką ewoluowało, przekraczając granicę przyjaźni. Po chwilowym miłosnym uniesieniu Jan ruszyła pomóc żołnierzom Republiki w odparciu imperialnej ofensywy, Kyle natomiast podążył w stronę Akademii. Umiejscowienie finału na Yavin IV było o tyle ciekawym posunięciem, że kontrastował on z zamkniętymi przestrzeniami i skalistymi krajobrazami do których przywykliśmy na przestrzeni wczesniejszych 20 misji. Tu w końcu można było poczuć się wolnym. Ale do rzeczy. W Akademii trwała regularna bitwa między Jedi a Rebornami wspieranymi przez Shadowtrooperów. Oczywiście odsiecz w postaci Katarna była elementem przechylającym szalę zwycięstwa na stronę obrońców. Pozostała kwestia rozprawienia się z Desannem. I tu niestety objawiło się największe rozczarowanie całej produkcji. Biorąc pod uwagę fakt że gra nie należała do łatwych, mogliśmy oczekiwać epickiego starcia z głównym adwersarzem. Desann padał jednak zdecydowanie zbyt szybko i walka z nim pozostawiała spory niedosyt, nie zapadając w pamięci jak chociażby ta z Tavion. Zakończenie również pozostawiało wiele do życzenia. Całusek z Jan, podziekowania od Luke’a i po dwóch minutach Katarn wraz z ukochaną już ruszają na wakacje. A gracz razem z nimi.

Czym tak naprawdę Jedi Outcast był? Otóż mieliśmy tutaj do czynienia z miksem gier FPP oraz TPP, której granicę wyznaczał moment odzyskania miecza świetlnego w Akademii Jedi. Do tego momentu gra była standardową, dość dobrą strzelanką, niczym jednak specjalnym się nie wyróżniającą. Do naszej dyspozycji oddano m.in. pistolet Bryar, szturmowy blaster, kuszę Wookie’ch, snajperkę czy wyrzutnię rakiet, jak również granaty, miny i detonatory. Sytuacja zmieniała się diametralnie po pierwszej wizycie na Yavin IV. Kyle nie dość że mógł posługiwać się mieczem (kamera wędrowała za plecy bohatera, a rozgrywka płynnie przechodziła w TPP), to jeszcze odblokowywał umiejętność posługiwania się Mocą! Tutaj autorzy wykonali kawał dobrej roboty, bowiem nie tylko udostępnili nam zdolności Jasnej Strony (pchnięcie, przyciąganie, szybkość, skok, rzut mieczem, leczenie i zawładnięcie umysłem) ale także Ciemnej (błyskawica i duszenie). I od tego momentu gra nabierała kolorytu.

Mieczowi świetlnemu wypada poświęcić osobny akapit albowiem był to najciekawszy element całej produkcji, odróżniający Jedi Outcast od pozostałych gier na rynku. System walki został zaskakująco dobrze przygotowany, a wymachiwanie słynnym lightsaberem dostarczało sporo frajdy i satysfakcji. Służył on nam nie tylko do bezpośredniej walki, ale również odbijania pocisków oraz rzucania (wracał do ręki niczym bumerang). Autorzy udostępnili nam również 3 odmienne style walki – szybki, uniwersalny oraz silny. Każdy z nich miał swoje mocne oraz słabe strony i przydawał się w odmiennych sytuacjach. Gracz miał zatem faktyczny wpływ na posługiwanie się mieczem, dzięki czemu walki z Mrocznymi Jedi bądź innymi graczami bardziej przypominały szermiercze starcia niż chaotyczną naparzankę. Miało to również swoje odzwierciedlenie w trybie multiplayer, gdzie oprócz standardowych trybów można było toczyć pojedynki 1 na 1.

A dodając do tego wykorzystanie Mocy można było poczuć prawdziwą potęgę rycerza Jedi. Przyciąganie wrogów i szatkowanie ich z bliska. Popychanie w przepaść. Duszenie i zrzucanie z wysokości. Rażenie błyskawicą i przecinanie rzuconym mieczem. Opcji było naprawdę sporo i tylko od wyobraźni gracza zależało, jak połączy ze sobą możliwości oferowane przez miecz i Moc. Momentami można było odnieść wrażenie, że większe grupy przeciwników były wrzucane przez autorów jedynie po to, by pozwolić graczowi na zabawę umiejętnościami Katarna. Korzystanie z miecza i Mocy nie było jednak wcale obligatoryjne by przejść większość fragmentów rozgrywki. Wiadomo że ruszanie z blasterem na Rebornów nie było może najrozsądniejszym posunięciem, niemniej jednak w walce ze szturmowcami arsenał pukawek był wystarczający. Oczywiście gra stawała się wtedy dużo trudniejsza, ale osoba lubiąca wyzwania mogła pokusić się o częste chowanie lightsabera do kieszeni.

Podobnie jak system walki, tak i sama rozgrywka została przez autorów urozmaicona. Kilka początkowych etapów, jak już zostało wspomniane, to dość sztampowy FPS oparty o szukanie kluczy i przełączników. Raven Software skrzętnie jednak skorzystało z możliwości jakie dawał trening Kyle’a w Akademii, wprowadzając szereg innowacji w kolejnych misjach. Dodano m.in. sekcje platformowe oraz wymagające refleksu zagadki oparte na wykorzystaniu Mocy. Nie wszystkie może były strzałem w dziesiątkę (reaktor Doomgivera!), gwarantowały jednak brak monotonii. Z ciekawostek warto wspomnieć o krótkich fragmentach w których sterowaliśmy droidem czy też o AT-ST oddanym nam do dyspozycji podczas finału na Yavin IV.

Jedi Outcast pozwolił milionom graczy na nowo uwierzyć w Moc drzemiącą w gwiezdnowojennych produkcjach. Oferował naprawdę sporo i nawet dziś nie ma się czego wstydzić, nawet pomimo faktu że niektóre jego elementy trącą już myszką. Na brawa zasługiwało także przywiązanie do detali, jak latające TIE-Fightery widoczne z pokładu Doomgivera czy też krople deszczu parujące po kontakcie z rozjarzoną klingą miecza świetlnego. Jedi Outcast to świetna gra, czy jest jednak lepsza niż jej następca – Jedi Academy? Moim zdaniem nie i wszystkim którzy chcieliby w wolnej chwili pomachać mieczem polecałbym finalną część serii, głównie dlatego że jest bardziej przystępna i widowiskowa.

A Gwiezdne Wojny, podobnie jak na początku XXI wieku, znów potrzebują odrodzenia. Pomijając tytuły z serii LEGO, jedynymi głośnymi produkcjami osadzonymi w uniwersum Lucasa w ostatnich latach były SW Battlefront oraz seria SW Force Unleashed (z czego druga, i jednocześnie ostatnia część pojawiła się na rynku w 2010 roku!). Pewnie, można mówić o problemach licencyjnych czy innych, ale co to tak naprawdę obchodzi nas – Graczy? My chcemy grać, a machanie mieczem świetlnym jeszcze nikomu nie zaszkodziło! Czy znów gwiezdnowojenny renesans stanie się udziałem Kyle’a Katarna czy kogoś innego jest sprawą drugorzędną – ważne byśmy znów poczuli Moc!