Western. Ze świecą szukać drugiego gatunku, którego odbiór byłby tak diametralnie różny ze strony każdej z płci. Mężczyźni go uwielbiają, kobiety natomiast darzą całkowitą obojętnością. Czy może to świadczyć o prostocie przedstawicieli płci brzydszej? Teza odważna, ale czy całkowicie pozbawiona podstaw? Nie ma co ukrywać, że zazwyczaj fabuła westernu jest prosta jak budowa cepa i nie zmusza do metafizycznych, czy też egzystencjalnych przemyśleń. Co więcej, nie ma chyba innego gatunku, w którym podział na bohaterów dobrych i złych byłby aż tak widoczny. Postacie są tak kreowane, by z góry było wiadomo kogo należy dopingować, a komu życzyć jak najgorzej. By nie być gołosłownym, za przykład niech posłuży jeden z najsłynniejszych westernów w historii kina – “Dobry, Zły i Brzydki”. Plakaty go promujące były drukowane w taki sposób, by nad każdym z “tytułowych przymiotników” widniała postać odpowiedniego bohatera, tak by przypadkiem nikt się nie pomylił, kto jest dobry, a kto brzydki. Zatem western w skrócie – prosty film, z prostą historią i prostymi postaciami. Kocham westerny.

Aż dziw bierze, że jest to temat tak rzadko wykorzystywany w grach. Mamy oczywiście fantastyczne Red Dead Redemption, mamy serię Call of Juarez od rodzimego Techlandu, ale mimo wszystko przesyt Dzikim Zachodem nigdy nam nie groził. Dlatego też pierwsze moje spotkanie z wirtualnymi kowbojami było tak wyjątkowe. A miało ono miejsce przy okazji premiery Desperados: Wanted Dead or Alive w 2001 roku. Ze względu na typ rozgrywki zwana klonem słynnych “Commandosów”, na pierwszy rzut oka oczarowywała piękną grafiką i wylewającym się zewsząd klimatem. A jak się później okazało, najlepsze miało dopiero nadejść.

Na początku zajmijmy się historią opowiedzianą w grze. Czas akcji – rok 1881, miejsce akcji – Nowy Meksyk. Pociągi od miesięcy napadane są przez grupę bandytów, którym przewodzi tajemniczy El Diablo. W związku z tym kompania kolejowa Twinnings & Co wyznaczyła nagrodę w wysokości 15 tysięcy dolarów za powstrzymanie piekielnego herszta. Jako że nie byle jaka to kwota, zainteresowała ona niejakiego Johna Coopera, z zawodu łowcę nagród. W pojedynkę jednak zadanie wydawało się niemożliwe do wykonania, zatem John najpierw musiał zająć się zorganizowaniem odpowiedniej ekipy (o której za chwilę). Aha, oprócz bandytów, Cooper i spółka będą musieli stawić czoła również amerykańskiej armii oraz stróżom prawa. Stąd też nazwa “Desperados”. Jak zatem widać, autorzy nie wyszli poza wytarte schematy typowe dla westernów. I w tym przypadku jest to ogromna zaleta gry.

Kolejną są tytułowi desperados. Głównym bohaterem jest oczywiście John Cooper. Nasz łowca nagród stylizowany jest trochę na Blondie’ego z dolarowej trylogii Sergia Leone – milczący i śmiertelnie skuteczny typ, którego nic nie jest w stanie wytrącić z równowagi. Rekrutację rozpoczyna od swojego dobrego znajomego z dawnych lat – Sama Williamsa. Co ciekawe, najpierw Afroamerykanina będziemy musieli wydostać z… plantacji bawełny, gdzie podpadł swojemu szefowi. Przyjaciele Johna ogólnie mają problemy z pakowaniem się w kłopoty, więc kolejnym, którego trzeba wyciągnąć z tarapatów, jest Doc McCoy. Dodajmy, że czeka na niego stryczek za oszustwa finansowe. Problem z oszustwami, tym razem jednak przy kartach, ma również ostatnia z paczki Coopera – piękna Kate O’Hara. Na niej jednak lista grywalnych postaci się nie kończy. Pokierować przyjdzie nam także Pablo Sanchezem, ogromnym osiłkiem i jednocześnie przywódcą meksykańskich bandytów, którego ścieżki z drużyną Coopera skrzyżują się dość niespodziewanie. Najpierw podejrzewany przez Johna o bycie samym El Diablo, po wyjaśnieniu nieporozumienia Sanchez dołącza do poszukiwań tajemniczego adwersarza. Szóstkę wspaniałych zamyka Mia, którą do działania popycha chęć zemsty na zabójcach jej ojca. I to niestety młoda Chinka wypada najsłabiej w tym zestawieniu, bo o ile pozostali bohaterowie są bardzo ciekawie nakreśleni i charakterystyczni (kłótnie wyszczekanego Sama z poważnym Doc’iem, silny, ale mało bystry Sanchez), o tyle Mia prezentuje się dość blado. Wynika to może z faktu, że dołącza późno do drużyny, bo prawie pod sam koniec przygody, i autorzy nie dali jej za bardzo czasu na rozpostarcie skrzydeł. Ale ogólnie naszą wesołą gromadkę można ocenić wyłącznie pozytywnie.

Trzecim elementem, czyniącym z Desperados grę wybitną, jest mechanika zabawy. Mamy tutaj do czynienia z grą taktyczną w czasie rzeczywistym, czyli gatunkiem, dla którego szlak przetarło Commandos: Behind Enemy Lines w 1998 roku. W dużym skrócie, rozgrywka oparta jest na przemieszczaniu naszych podopiecznych, często po kryjomu i przy wykorzystaniu indywidualnych umiejętności, po statycznej mapie w celu wykonania określonych zadań. Główną przeszkodą na drodze do sukcesu są zazwyczaj przeważające siły wroga, śmiertelne w bezpośrednim starciu. Konieczne jest zatem stosowanie wyszukanych taktyk, eliminowanie przeciwników pojedynczo i przybliżanie się krok po kroku do celu misji. A w Desperados czeka ich na nas aż 25! Jest to naprawdę spora liczba, gwarantująca kilkanaście godzin wymagającej zabawy. Wymagającej, albowiem gra nie należy do łatwych i stanowi spore wyzwanie dla każdego. Sztuczna inteligencja przeciwników stoi na niezłym (a porównując do obecnie panujących standardów, to można wręcz powiedzieć że wysokim) poziomie, co więcej ich liczba nie raz zmusi nas do wytężonego główkowania w celu znalezienia wyjścia z wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. Niekiedy o sukcesie decydują sekundy i doskonała koordynacja naszych działań, nie raz będziemy również wdzięczni za każdy łut szczęścia nam sprzyjający. Desperados to świetna okazja by zobaczyć, jakie standardy panowały w kwestii poziomu trudności w grach kiedyś, i jak się mają do tego, czego doświadczamy obecnie.

By zatem myśleć o wypełnieniu zadań, niezbędne będzie wykorzystywanie specjalnych umiejętności naszych podopiecznych. Jest to kwestia tak istotna, że zasługuje na osobny akapit. Każda z postaci dysponuje swoją bronią specjalną, przykładowo Cooper korzysta ze szybkostrzelnego rewolweru, Sam ze strzelby Winchester, a Sanchez z potężnego obrzyna. Broń palna bronią palną, przez większość czasu jednak konieczne będzie bezszelestne przemykanie się między wrogami i ich cicha eliminacja. Idealny do tego jest nóż Coopera, którym nasz łowca nagród może nie tylko podrzynać gardła, ale również rzucać w przeciwników. Sam Williams natomiast jest wielkim miłośnikiem materiałów wybuchowych. Uwielbia rzucać laskami dynamitu, a na widok beczek z prochem oczka mu się świecą. Doktorek McCoy, zgodnie ze swoim zawodem, potrafi leczyć członków grupy, a także rzucać buteleczkami z gazem usypiającym. Wielce przydatny okazuje się również jego Colt, który dzięki kilku usprawnieniom może służyć jako karabin snajperski. Kolejna bohaterka, ulubienica publiczności, piękna szulerka Kate O’Hara, doskonale wie natomiast jak zrobić użytek ze swoich wdzięków. Jej klasycznym zagraniem jest uwodzicielskie wystawienie nóżki z podwiązką, a gdy niczego nieświadomy amant już znajdzie się na wyciągnięcie owej nóżki, czeka na niego solidny kopniak prosto w krocze. Urocza i wyjątkowo skuteczna taktyka. Dodatkowo Kate dysponuje kartami, które rzucone na ziemię wzbudzają zainteresowanie bandytów. Nieprawdopodobnie przydatny okazuje się także Sanchez. Jego nieocenioną umiejętnością jest oczyszczanie pomieszczeń z wrogów (pod warunkiem, że znajduje się ich w środku maksymalnie trzech), co często upraszcza sytuację na planszy. Meksykanin dysponuje także butelką tequili, służącą do upijania wrogów, oraz kamieniami, które celnie rzucone ogłuszają nieprzyjaciół. I w końcu dochodzimy do naszej Chinki. Mia nie ma żadnej broni palnej, posiada natomiast niezwykle ciekawą dmuchawkę strzelającą zatrutymi strzałkami. Trafiony nią nieszczęśnik wpada w szał, strzelając do wszystkiego co się rusza. Jeżeli nie zostanie ubity przez swoich towarzyszy, pada na ziemię nieprzytomny. Idealny sposób na wprowadzenie zamieszania w większej grupie rywali. Do tego Mia może korzystać z gwizdka, granatów oślepiających, a także… swojej małpki! Poczciwy futrzak świetnie nadaje się do odwracania uwagi, co nie raz otworzy nam nowe możliwości na dotarcie do celu. Nie są to oczywiście wszystkie umiejętności, problem jednak w tym, że niektóre z nich nie są zbyt przydatne podczas naszej przygody. O ile buteleczki z gazem czy nóż będziemy wykorzystywać nadzwyczaj często, o tyle dla woreczka ze żmiją Sama czy lustereczka Kate, służącego do oślepiania przeciwników, raczej ciężko znaleźć praktyczne zastosowanie.

Desperados są również ukłonem w stronę wszystkich miłośników westernowych klimatów. Wprawne oko z łatwością wyłapie wiele odniesień do najważniejszych dzieł kinematografii, osadzonych na dalekich rubieżach ówczesnych Stanów Zjednoczonych. Mamy tutaj zatem Marshalla Jacksona, jednego z czarnych charakterów w grze, który odziedziczył swoje nazwisko po Majorze Jacksonie, głównym adwersarzu z westernu Django z 1966 roku. Małpka Mii nosi natomiast zaszczytne imię Mr. Leone, w hołdzie najwybitniejszemu reżyserowi spaghetti westernów – Sergio Leone. Bohaterowie natomiast są kalkami wielu innych postaci, które na przestrzeni lat pojawiły się w kinematografii. Niech świadczą o tym ich nazwiska, powiązane z pochodzeniem każdego z desperadosów. Angielskie Cooper, afroamerykańskie Williams, szkockie McCoy, irlandzkie O’Hara, meksykańskie Sanchez i w końcu chińskie Yung – naprawdę ciężko znaleźć bardziej sztampowe nazwiska. Ale taka właśnie jest ta gra – stworzona dla miłośników westernów, czerpiąca inspirację z wielu źródeł i na ich podstawie kreująca spójną, bardzo satysfakcjonującą całość.

Warto poruszyć także kwestię grafiki, która nie zestarzała się ani trochę i również dzisiaj nie tylko nie powoduje odruchu wymiotnego, ale wręcz może się podobać. Jest to oczywiście głównie zasługa pięknie narysowanych, statycznych map, po których poruszanie się jest czystą przyjemnością. Brawa należą się także autorom za krajobrazową różnorodność. Podczas naszej podróży zwiedzimy m.in. pustynny kanion, plantację bawełny, fortecę bandytów, więzienie oraz zapadłe dziury i miasta znane z tysięcy westernów. Kolorytu dodają również zmienne warunki atmosferyczne i dobowe. Dla każdej misji są one ustalone odgórnie i czasami będziemy działać w ciągu dnia, zmagając się z palącym słońcem, innym razem natomiast przyjdzie przemykać się pod osłoną nocy, w strugach deszczu. Warunki te mają rzeczywisty wpływ na rozgrywkę, i np. oślepić przeciwników lusterkiem możemy tylko przy pomocy świecącego słońca, a podczas padającego deszczu nie uda nam się skorzystać z dynamitu. Naszym sprzymierzeńcem może okazać się noc, podczas której pogarsza się widoczność wrogów, wyostrza się natomiast ich słuch. Każda misja zatem na swój sposób jest inna, dzięki czemu ani przez chwilę nie towarzyszy nam poczucie monotonii.

Desperados to przede wszystkim fantastyczna przygoda. Motywacja do wykonywania zadań w celu poznania dalszej części historii jest spora, a poziom trudności, mimo że wysoki, bardziej mobilizuje niż zniechęca do zabawy. Powiem wprost – perypetie Coopera i spółki to najlepsze, obok genialnego Red Dead Redemption, westernowe doświadczenie, jakie przeżyłem w świecie gier. I co ważne, nawet w dzisiejszych realiach jest jak najbardziej satysfakcjonujące i strawne. Skąd to wiem? Bo jestem świeżo po rozprawieniu się z tajemniczym El Diablo. A bawiłem się podczas całej przygody tak samo świetnie, jak 15 lat temu. Takie pozycje po prostu się nie starzeją i są jak wcielający się w Blondie’ego Clint Eastwood – zawsze w doskonałej formie.