colincoverDzień Wszystkich Świętych to również okazja, by powspominać wszystkie te osoby, których już niestety nie ma między nami. Mogą to być zarówno nasi bliscy, jak i ludzie którzy, pomimo braku pokrewieństwa, wywarli w jakimś stopniu wpływ na nasze życie i pozostają w naszej pamięci. Dlatego też na łamach Negropolii chciałbym z okazji tego święta poświęcić wpis niesamowitemu sportowcowi, który na zawsze stał się twarzą elektronicznych rajdów samochodowych.

colinColin McRae nie jest ani najlepszym, ani najbardziej utytułowanym kierowcą rajdowym w historii. Miał jednak w sobie tę iskierkę, dzięki której zyskał olbrzymią popularność oraz sympatię kibiców. Sport zna takie historie. Możemy tutaj przytoczyć przykład Anny Kurnikowej, której pomimo braku sukcesów sportowych popularności (i pieniędzy zarabianych poza kortem) mogły pozazdrościć tenisistki z czołówki rankingu WTA. Nawet w pokerze startową rękę As-Król (A-K) zwykło się określać mianem pięknej Rosjanki (i uszczypliwą uwagą, że “dobrze wygląda, ale nigdy nie wygrywa”). Czy też pozostając w światku sportów motorowych, można zwrócić uwagę na Jamesa Hunta, Mistrza Świata Formuły 1 z 1976 roku, kochanego przez miliony. Nie będę się tutaj rozpisywać na jego temat, tylko wszystkich gorąco zachęcam do zobaczenia wspaniałego filmu “Wyścig” poświęconego brytyjczykowi.

Colin rajdowym Mistrzem Świata został również tylko jeden raz. Niemniej jednak swym agresywnym, i jednocześnie widowiskowym stylem jazdy, trafiał do serc kibiców, zyskując przydomek “Latającego Szkota”. W jego też stronę oczy zwróciło Codemasters, które po sukcesie TOCA Touring Car Championship z 1997 roku chciało umocnić swoją pozycję czołowego producenta gier wyścigowych, wydając rajdową grę rok później. Sygnowanie tytułu gry nazwiskiem popularnej osoby było zabiegiem w miarę nowym, a Szkot wydawał się być idealnym materiałem na okładkę. Efektem mariażu był wydany pod koniec 1998 roku Colin McRae Rally.

colincarProdukcja Codemasters oferowała wszystko to, o czym mógł marzyć każdy fan rajdów samochodowych pod koniec XX wieku. Do naszej dyspozycji oddano 12 samochodów, m.in. Mitsubishi Lancera Evo V, Toyotę Corollę czy też mojego osobistego faworyta – Subaru Imprezę WRC. Poszaleć powyższymi potworami mieliśmy natomiast okazję podczas ośmiu rzeczywistych rajdów z kalendarza WRC 1998. Opony zedrzeć przyszło nam zatem w Nowej Zelandii, Grecji, Australii, Monte Carlo, Szwecji, Korsyce, Wielkiej Brytanii oraz Indonezji. Z tą ostatnią lokalizacją wiąże się ciekawa historia, gdyż Rajd Indonezji miał być częścią sezonu 98’, został jednak odwołany ze względu na niepokoje społeczne w tym kraju. Colin McRae Rally był zatem jedyną okazją na zwiedzenie indonezyjskich dróg.

Jeżeli chodzi o tryby rozgrywki, mamy tutaj raczej do czynienia z wyścigowym standardem w tym temacie. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na bodajże pierwszą rajdową szkółkę w grach, prowadzoną do tego przez samego “Latającego Szkota”. Wzięcie w niej udziału było niejako koniecznością, gdyż bez jej ukończenia nie mogliśmy wystartować w eliminacjach do Mistrzostw Świata. Zaliczenie wszystkich zadań nie było wcale proste, a spotkałem się również ze stwierdzeniami że wykonanie ich utrudniał… niezrozumiały szkocki akcent Colina 🙂 Niemniej jednak po ukończeniu tego swoistego treningu mogliśmy mieć pewność, że znamy podstawy prowadzenia samochodu na tyle dobrze by rozpocząć poważne ściganie.

repairSame mistrzostwa były oczywiście daniem głównym. Oparte na prawdziwym kalendarzu WRC, pozwalały nam brać po kolei udział w rajdach. Co z nich zapamiętałem? Po pierwsze primo – nawierzchnia. To, po czym jeździmy, ma zauważalny wpływ na to, jak jeździmy. Fiński szuter, szwedzki śnieg, francuski asfalt czy też bezdroża na Antypodach – autorom udało się sprawić, by sposób prowadzenia samochodu był odczuwalnie inny zależnie od typu drogi. Po drugie primo – pilot. Towarzyszy nam podczas wyścigów, informując o tym co za chwilę spotka nas na trasie. “Prawy 50 lewy”, “lewy cztery nie tnij” – po kilku etapach zaczniemy doceniać wydawałoby się lakoniczne wypowiedzi naszego partnera. W wersji angielskiej w rolę tę wcielił się prawdziwy pilot jeżdżący z Colinem, Nicky Grist. I po trzecie primo, ultimo – zniszczenia i naprawy. W grze zaimplementowano prawdziwy model zniszczeń, a im bardziej obiliśmy naszą brykę, tym gorzej się nią sterowało. Nadawało to jakże istotnego w przypadku gier rajdowych realizmu i poczucia brania udziału w poważnych zawodach. Co ważne, o samochód należało dbać, gdyż przechodził on do kolejnego etapu w takim stanie, w jakim skończył poprzedni. Na szczęście autorzy zadbali również o istnienie strefy serwisowej, zatem co drugi etapy mieliśmy wirtualne 60 minut (im poważniejsze uszkodzenie, tym więcej czasu było potrzebne na naprawę) na połatanie naszego czterokołowego oczka w głowie. Zatem nie raz na trasie należało odpowiedzieć sobie na pytanie – przyspieszyć i ryzykować uszkodzenie mogące zaważyć na całym rajdzie, czy też zwolnić i starać się odrobić straty na kolejnych etapach? Aaa i byłbym zapomniał. Gratka dla fanów – na liście startowej widniały prawdziwe nazwiska kierowców walczących o rajdowe laury w sezonie 1998. Ogólnie mistrzostwa były przygotowane bez zarzutu i dostarczały mnóstwa frajdy.

Oprócz szkółki i mistrzostw mieliśmy możliwość przejechać każdy z etapów osobno, jak i z kumplem na podzielonym etapie. Pokrótce chciałbym właśnie poruszyć kwestię multiplayera. O ile gra przez sieć nie była zbyt interesująca ze względu na charakterystykę rajdów (na trasie znajdujemy się tylko my, walcząc z czasem a nie de facto fizycznie z rywalami), o tyle gra na tzw. split-screenie była czymś fantastycznym. Dwie osoby przy jednej klawiaturze, podzielony ekran, ułamki sekund decydujące o zwycięstwie. Plus szturchańce, kuksańce itd. – kto miał prawie 20 lat temu przyjemność korzystać ze split-screena w jakiś wyścigach ten wie o czym piszę. Aż szkoda że idea ścigania się na jednym ekranie nie jest tak rozpropagowana jak kiedyś.

Na koniec pozostawiłem kwestie techniczne. Jeżeli chodzi o grafikę, przy pierwszym zetknięciu z Colinem byłem oczarowany. Może było to spowodowane brakiem wcześniejszego kontaktu z innymi grami wyścigowymi, może charakterystyką tras rajdowych, niemniej jednak wizualnie tytuł bardzo mi się spodobał. Jeszcze dalej poszedł w tym wszystkim mój kolega, który był święcie przekonany że raz nawet udało mu się dostrzec dzikie zwierzę na jednym z etapów. Fatamorgana czy też nie, jak widać wyobraźnia również mogła popracować podczas ścinania kolejnych zakrętów. Do modeli samochodów również nie można mieć zastrzeżeń, dodatkowo przy zderzeniach blacha gnie się należycie. W temacie dźwięków (głównie silnika) głosu zabierać nie będę, gdyż nie jestem specjalistą i nie miałem okazji przysłuchać się pracującemu na żywo Subaru. Wiadomo że poziom najnowszej Forzy to nie jest, ale trzeba pamiętać że mamy tutaj do czynienia z produkcją z końcówki XX wieku.

maxresdefault

Colin McRae na stałe wpisał się w historię gier komputerowych. Nazwisko Szkota pojawiło się aż na siedmiu grach, ostatni raz na pudełku Colin McRae Dirt 2 z 2009 roku. Następnie seria zmieniła nazwę po prostu na Dirt, wszyscy jednak pamiętają że jest to spadkobierczyni najsłynniejszego serii rajdowej w świecie gier. Pierwsza jej część była ważnym wydarzeniem dla fanów sportów motorowych, chcących spróbować swoich sił bez rywali na trasie, walcząc jedynie z nieubłaganie upływającym czasem. Samego “Latającego Szkota” nie ma już niestety wśród nas, pamięć jednak o nim będzie trwać dopóki będą chętni pamiętać, lub też nawet zagrać, w gry sygnowane jego nazwiskiem. Bo cyfrowe rajdy już na zawsze będą miały jego twarz. 

colin_mcrae_cropColin McRae (1968-2007) – brytyjski kierowca rajdowy, mistrz świata z sezonu 1995. Nikt przed nim nie zdobył tego tytułu w tak młodym wieku (27 lat i 78 dni). Rok później udekorowany Orderem Imperium Brytyjskiego za wybitne osiągnięcia sportowe. Ze względu na swój widowiskowy styl jazdy nazywany “Latającym Szkotem”. Największe sukcesy święcił w latach 1993 – 1998, kiedy to był związany z japońskim Subaru. Emocje wśród kibiców natomiast głównie rozpalała jego rywalizacja z Carlosem Sainzem i Tommi’m Makinenem. 15 września 2007 roku zginął w Lanark w Szkocji (miejscu swoich narodzin) w katastrofie pilotowanego przez siebie śmigłowca.