[zimny wieczór 9 stycznia 2007 roku, posiadłość gdzieś w Lancashire, Wielka Brytania]

O, jesteś nareszcie wnuczku. Siądź no tu obok dziadka na kanapie, opowiem Ci o moim ojcu, żołnierzu. Że co, że na Fifę jesteś umówiony? Fifa nie Żabojad, nie ucieknie. Że jak, że musisz grać? Że chcesz zostać kim? „Jeteberem”? Co ty mnie tu za pierdoły opowiadasz, siadaj na dupie i mnie nie denerwuj! No, na czym to ja skończyłem… Aaa, tak, mój ojciec, to był nie byle kto. Brał udział w Pierwszej Wojnie Światowej, zwanej również Wielką. Dlaczego Wielką pytasz? Bowiem miało się wrażenie, że cały świat stanął w ogniu. Wszędzie tylko wystrzały, wybuchy, płomienie, gruzy. I ciała, mnóstwo ciał. A wśród tej całej zawieruchy twój pradziadek, Daniel Edwards, przeżywał przygody za sterami ówczesnej dumy brytyjskiej armii – czołgu Mark V.

(Uprzejmie ostrzegam, że kolejne akapity bogate są w spojlery. Osoby, które jeszcze nie miały okazji zapoznać się z kampaniami single player w Battlefieldzie, a mają taką ochotę, czytają zatem na własną odpowiedzialność ;))

Wszystko zaczęło się dość przypadkowo, bo załoga „Czarnej Bess” pilnie potrzebowała kierowcy, a tatko akurat znajdował się w pobliżu. Zgarnięty przez dowódcę jednostki, niejakiego Townsenda, czym prędzej ruszył na front, jednocześnie poznając pozostałych towarzyszy niedoli – optymistycznego technika Fincha, strzelca Pritcharda oraz cynicznego i wiecznie nieufnego McManusa. Podobno straszny był z niego burak, no ale w końcu Irlandczyk. Rozkaz dla całej ekipy był przejrzysty – przedrzeć się przez niemieckie linie i podążać w stronę Cambrai. Oj co tam się działo, ojciec zawsze dostawał zadyszki jak mi o tym opowiadał. Sypiące się budynki, pociski ślizgające się po pancerzu czołgu, wrzask żołnierzy wpadających pod gąsienice. A dookoła piekło, śmierć, lub jak to sam określał – „błoto i krew”. Błoto to zresztą okazało się prawie zabójcze dla ojczulka. Czołg w pewnym momencie ugrzązł w nim, wystawiając się na łatwy cel dla nieprzyjaciela. Twój pradziadek już żegnał się z życiem, gdy w ostatniej chwili Czarną Bess uratował celny ostrzał artyleryjski. Finchowi i Pritchardowi nie dane jednak było dożyć ratunku. Ci co przeżyli nie byli jednak w dużo lepszym położeniu, lądując w spowitym wyjątkowo gęstą mgłą lesie Bourlon. Jako że była to jedyna droga do Cambrai, tatko musiał się przez niego przedostać. Główne niebezpieczeństwo dla osłabionej Bess mogły stanowić ukryte we mgle posterunki wroga. Nie było innego wyjścia, jak na piechotę je zinfiltrować i sabotować, zabezpieczając tym samym przejazd dla reszty ekipy. A wspomniałem już Wojtusiu, jaki to był piękny las? Podobno cudowny! Twój pradziadek zawsze powtarzał, że tak pięknego lasu to jeszcze nigdy nie widział, i gdyby nie pałętające się wszędzie Szkopy, to z przyjemnością wybrałby się na grzyby. A tak wybrał się na wysadzenie kilku dział przeciwpancernych.

Pech jednak nie opuszczał tatka również po opuszczeniu lasu. Ni z tego, ni z owego padł silnik i bez nowych świec ani rusz. Przedziwnym zbiegiem okoliczności w pobliskiej wsi akurat znajdowały się cztery silniki, każdy z jedną nową święcą. Jak widać niezbadane są wyroki boskie. No to szpadel w dłoń i pod osłoną nocy ojczulek ruszył na polowanie. Przemykanie się między budynkami, eliminowanie wrogów po cichu, skradanie między większymi patrolami – z twego pradziadka był niezwykle przebiegły lis. A ile emocji podobno takie akcje dostarczały – nie zrozumie ten, kto nie brał w nich udziału. Następnie szybki powrót do czołgu, zamontowanie świec, jeszcze kilka obrotów korbą i voila – można ruszać dalej! Do Cambrai było już rzut beretem, wystarczyło ledwie przejechać przez węzeł kolejowy. A tam co? Aż roiło się od Niemiaszków! Biegali wte  i wewte, jeździli tymi swoimi małymi, śmiesznymi czołgami, więc dzielnym chłopakom z „Czarnej Bess” nie pozostało nic innego, jak ich wszystkich wysłać do diabła. A zmierzyć musieli się z kilkoma falami, bowiem co chwilę nadjeżdżały posiłki. Gdy już kurz opadł i wydawało się, że nic nie powstrzyma ojczulka przed dotarciem do Cambrai, znów wpadli pod ostrzał artyleryjski. Bess się rozkraczyła, co skrzętnie chcieli wykorzystać niemieccy żołnierze, rzucając się na nią ze wszystkich stron i próbując dostać się do środka. Tatko razem z McManusem wyskoczyli bocznym wejściem, ledwo uchodząc z życiem. Stary Townsend natomiast, w przypływie samobójczej odwagi, wysadził zbiornik paliwa, zabierając Szkopów razem ze sobą do piekła. Oj podziało się jak na kilka minut życia, trzeba to ojczulkowi oddać. Razem z McManusem udało im się już na piechotę dojść do tego przeklętego Cambrai. Ale co przeżyli po drodze, to ich.

Tatko ogólnie lubił opowiadać o przygodach na froncie, a historii miał sporo, bowiem na przestrzeni lat spotkał wielu innych weteranów. Jednym z nich był Clyde Blackburn, chociaż ojczulek pieszczotliwie nazywał go Hansem-Christianem Andersenem, bo bajkopisarz był z niego jak ta lala. Zresztą sam posłuchaj. Nie dość że był Amerykaninem, to jeszcze szulerem i krętaczem – po prostu mieszanka wybuchowa! Nie dziwota zatem, że na froncie znalazł się w wyniku kradzieży. Tak, tak, ukradł samolot, i to nie byle komu, tylko samemu synowi hrabiego Windsoru, George’owi Rackhamowi! A drugiemu pilotowi, niejakiemu Wilsonowi, wkręcił że jest Rackhamem! Czasami to się wstydzę za rodaków, żeby taki Jankes sobie tak pogrywał… No ale mniejsza o to. Blackburn z Wilsonem mieli przeprowadzić testowy lot w górach Vosges. Cóż to były za góry, istne cudo, nic, tylko się zachwycać! Ale co istotne w tej opowieści, podczas testowego lotu natknęli się na niemieckie samoloty, a udając się w pogoń za nimi odkryli… niemiecką fortecę, będącą składem amunicji! Możesz sobie Wojtusiu wyobrazić, że nasze dowództwo było bardzo zainteresowane tym odkryciem. Naprędce przygotowano plan zbombardowania fortecy, a zadaniem Blackburna była ochrona bombowców. Operacja zakończyła się pełnym sukcesem, niekoniecznie jednak spokojnie dla cwanego Amerykanina. Jego maszyna oberwała podczas ataku, rozbijając się na wrogim terenie.

Blackburn, zachowując zimną krew, czym prędzej postanowił przedrzeć się przez niemieckie okopy w stronę umocnień brytyjskich. Oj Wojtusiu, cóż to musiał być za spacer. Największym sprzymierzeńcem ciemna noc, co jakiś czas tylko rozświetlana łuną wybuchu w oddali. Każdy szelest mógł być zdradziecki, każdy źle postawiony krok mógł być ostatnim. Dzięki wrodzonemu sprytowi i sprzyjającemu szczęściu udało się Blackburnowi dotrzeć do pasa ziemi niczyjej, oddzielającego od siebie wrogie armie. Ojczulek kiedyś mi opowiadał, jak taka ziemia niczyja wygląda. Las martwych drzew, poszarpanych przez kule. Wszędzie walające się ciała poległych, leżące twarzą do dołu w błocie. Na samą myśl aż włosy stają dęba. Po prostu piekło wnuczku, piekło. I w tym piekle Blackburn odnalazł żywego Wilsona. Istny cud! Razem udało im się szczęśliwie dotrzeć na naszą stronę. Jakież musiało być zaskoczenie Jankesa, gdy na miejscu zobaczył przed sobą oblicze Rackhama! Jak słusznie się domyślasz, bohaterskie uratowanie Wilsona nie było opcją łagodzącą. Blackburn został aresztowany i miał być postawiony przed sąd wojenny. Nigdy tam jednak nie trafił, pieprzony szczęściarz! Oj przepraszam Wojtusiu, poniosło mnie… Do Londynu został odstawiony akurat w momencie ataku niemieckiego lotnictwa na stolicę naszego imperium. Korzystając z zamieszania uwolnił się i… ponownie znalazł w powietrzu z Wilsonem! Tym razem jednak to nie niemieckie samoloty były największym zagrożeniem, a dwa potężne sterowce, zagrażające całemu miastu. I tu Blackburna zdaje się już ponosić fantazja. Naopowiadał tatkowi, że podczas ataku został trafiony i… awaryjnie wylądował na sterowcu! Otrzepując się z kurzu, sprintem ruszył po jego dachu w stronę działka przeciwlotniczego. I to wszystko wśród lotniczej nawałnicy zaraz nad jego głową! Wspomnianym działkiem ostrzelał i zniszczył drugi sterowiec, tak niefortunnie jednak, że ten zaczął spadać prosto na niego! Więc jak myślisz, co zrobił nasz szalony Jankes? Rzucił się do Tamizy! Właśnie tak, będąc setki mil w powietrzu, rzucił się do cholernej Tamizy! I przeżył! Wyobrażasz to sobie??? Gdy to usłyszałem od tatka, mimowolnie zrobiłem tego no, jak wy młodzi na to mówicie, no tego…  o, “fajspelma”! Nie ma możliwości by tego nie zmyślił! I jak tu wierzyć Amerykańcom?? No po prostu nie sposób!

Był w tym samym barze również jeden Włoch, nazywał się bodajże Luca Cocchiola. Tatko mówił, że strasznie smutne miał oblicze, mocno musiała go wojna doświadczyć. Ciągle opowiadał o jakimś Matteo. Wolę nawet nie zgadywać jaka relacja ich łączyła, szczególnie że to Makaroniarze. Pamiętaj Wojtusiu, jeżeli znajdziesz się kiedyś w jednym pokoju z jakimś Francesco albo innym Vito, zadbaj o to, by towarzyszyła wam osoba trzecia, tak na wszelki wypadek. No ale mniejsza, o Luce miałem gaworzyć. Był on członkiem elitarnych jednostek Arditi, wysłanych do pomocy batalionowi Mattea w odparciu armii austro-węgierskiej z Alp. Nosił przy tym nie lada wdzianko, bowiem Arditi dysponowali pełną zbroją, włącznie z zabudowanym hełmem. Dodaj do tego potężny karabin maszynowy Maxim i masz przed oczami prawdziwy postrach pola bitwy, istnego anioła śmierci. Przyznam ci się, że jak pierwszy raz o tym usłyszałem od tatka to byłem zaskoczony. Nigdy nie miałem Makaroniarzy za zbyt waleczny naród. A tu proszę, dzielnie ruszali do boju i spychali nieprzyjaciół, zmuszając ich do rozpaczliwej obrony. Po opanowaniu pozycji artyleryjskich Luca dostrzegł nadlatujące bombowce wroga, które zmierzały w stronę oddziału Mattea. Część udało mu się zestrzelić za pomocą działka przeciwlotniczego, niektóre jednak przedarły się dalej. Będąc bliskim rozpaczy, porzucił krępującą ruchy zbroję i ruszył w kierunku pobliskiego fortu na poszukiwanie przyjaciela. Zadanie wydawało się być samobójstwem, fort był niezwykle solidnie umocniony, a żołnierze austro-węgierscy bronili się zaciekle. Krok po kroku dzielny Włoch zbliżał się do bramy wejściowej, po Matteo jednak nigdzie nie było nawet śladu. Podejrzewając najgorsze, Luca wpadł do fortu razem z kilkoma innymi żołnierzami, wybijając obrońców w pień. Ciała w mundurach obu armii się mieszały, niektóre tak zmasakrowane, że nie sposób było je zidentyfikować. Luca zlokalizował wiele włoskich ofiar, żadna z nich jednak nie była jego przyjacielem. Aż w końcu znalazł go, leżącego nieruchomo z boku, ze śmiertelnym spokojem malującym się na jego obliczu. Widzisz wnuczku, na wojnie niewielu zyskuję, ale każdy coś traci. Dla Luki taką stratą był jego bliski przyjaciel. Nie sposób nawet zliczyć, ile podobnych historii wydarzyło się podczas tych strasznych czterech lat.

A i tak znajdowali się idioci gotowi ukrywać swój prawdziwy wiek po to tylko by dostać się na front. Jednego z takich baranów, niejakiego Jacka Fostera, tatko poznał na wycieczce po Australii. Marzeniem chłystka było poznać legendę australijskiej armii, Fredericka Bishopa, i ziściło się ono podczas ataku floty Zjednoczonego Królestwa na półwysep Gallipoli. Bishop, będąc dalekim od zachwytów nad lekkomyślnością młodzika, rozkazał mu zostać na pokładzie statku, podczas gdy sam ruszył opanować wybrzeże przy Cape Helles. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy po udanie przeprowadzonej ofensywie zobaczył zółtodzioba zaraz za sobą! Widząc, że ma do czynienia z przypadkiem beznadziejnym, nauczył młokosa obsługi broni palnej, by ten miał choć iluzoryczne szanse w starciu z żywym przeciwnikiem. Następnego dnia Foster został wyznaczony przez dowódcę Brytyjczyków, Whitehalla, na gońca. Goniec, Wojtusiu, to taki ktoś, kto biega między świstającymi kulami, dostarczając wiadomości między główną bazą a oddziałami na froncie. Ich cechą szczególną jest to, że krótko żyją. Zdawał sobie z tego sprawę także Bishop, zgłaszając się na ochotnika w miejsce dzieciaka. Po sprawdzeniu sytuacji na froncie, australijski weteran zameldował Whitehallowi o rosnącej przewadze wojsk osmańskich i konieczności wysłania wsparcia. Został w konsekwencji wysłany do głównego dowództwa, by ich poinformować o ofensywie. Nikogo jednak nie zastał na miejscu, bowiem… całe dowództwo się wycofało, zostawiając jedynie notatkę o odwrocie! Co gorsza, za chwilę flota brytyjska miała ostrzelać cały teren w celu zabezpieczenia odwrotu własnych wojsk. Bishop czym prędzej wrócił do Whitehalla i poinformował o konieczności wycofania się, ten jednak miał dla niego kiepską wieść – część żołnierzy, głównie ochotników, ruszyła już naprzód w stronę fortu. Wśród nich był także Jack Foster.

Oj nie miał lekko z tym młodzieńcem, nie miał. Pewnie tylko bezgłośnie westchnął i ruszył w stronę fortu Nobet. Nie muszę wnuczku dodawać, że wszędzie wręcz roiło się od Turków. Spryt jednak i tym razem nie zawiódł naszego dzielnego Kangura, który zręcznie przemykał między wrogimi posterunkami. Jack o mało się nie rozpłakał, widząc swego bohatera przekraczającego bramę fortu. Nie zdawał sobie jeszcze wtedy sprawy, że widzi go po raz ostatni. Towarzysze Fostera w większości byli ranni, nie było zatem mowy o otwartym starciu z osmańskimi oddziałami. Bishop rozkazał młokosom uciekać, podczas gdy on zaatakuje fort w celu odwrócenia od nich uwagi. Zaatakuje! W pojedynkę! Ten Kangur miał jaja jak arbuzy, jak Boga kocham! Oraz fantazję, iście ułańską! Co wnuczku? Kto to są ułani pytasz? Jeszcze kiedyś ci opowiem, teraz wróćmy jednak do dzielnego Bishopa. Foster opowiedział tatkowi, jak to jego bohater samotnie ruszył na górny dziedziniec fortu, czyniąc ogromne spustoszenie. Sam jednak skupiony był na jak najszybszym dotarciu do naszej floty, uważając jednocześnie by nie wpaść pod nieprzyjacielską lufę. Już z pokładu pancernika wystrzelił racę, dając tym samym znak, że on i jego towarzysze bezpiecznie dotarli do swoich. Patrząc w stronę fortu nie był w stanie uwierzyć własnym oczom – powiewała nad nim australijska flaga! Chwilę później jednak cała okolica została ostrzelana przez działa pancerników. Cała okolica, włącznie z fortem Nobet. A Frederick Bishop, legenda australijskiej armii, został na zawsze pogrzebany w jego ruinach.

Pamiętaj Wojtusiu, nie tylko mężczyźni walczyli na frontach Wielkiej Wojny. Podczas swoich licznych podróży twój pradziadek Daniel dotarł również na Bliski Wschód. Tam miał okazję poznać tajemniczą kobietę, Zarę Ghufran. Podobno była prawą ręką samego Lawrence’a z Arabii! Tatko na początku szczerze w to wątpił, zwiedziony młodą twarzą Arabki. Okazało się jednak, że liczy sobie ona prawie czterdzieści wiosen! Ach ta orientalna uroda, nie to co te Angielki tutaj, które zamiast jak wino, to starzeją się jak chleb! Ekhem, ekhem, nie powtarzaj tylko tego babci, wnusiu, bardzo cię proszę. O czym to ja… aaa tak, Zara. Odegrała bardzo ważną rolę w walkach z Imperium Osmańskim, a wsławiła się przede wszystkim podczas organizacji pułapki na potężny, pancerny pociąg „Canavar”, chlubę tamtejszej armii. Opowiadała tatkowi, jak to w ramach przygotowań samotnie napadła oddział osmański, zdobywając tym samym księgę kodów. Plan z oszukaniem obsługi Canavara za pomocą fałszywych wiadomości jednak się nie powiódł, oddział Lawrence’a natomiast o mało nie został pogrzebany pod ostrzałem piekielnego pociągu. Plan awaryjny zakładał przeprowadzenie ataku na stacji, podczas uzupełniania zapasów wody przez Turków. W tym celu Zara najpierw zneutralizowała pojazdy wroga, a następnie zamontowała ładunki wybuchowe wzdłuż torów kolejowych. Pomysł genialny w swej prostocie, nie sądzisz Wojtusiu? Pozostał jednak jeden szkopuł – wielki, mocno opancerzony potwór. Dobrać mu się do skóry z pewnością nie było łatwo, możesz mi wierzyć. Kiedyś chciałem trochę węgla „pożyczyć” z jednego wagonu, nawet nie wiesz jak się ze szwagrem namęczyliśmy… Ale mniejsza. Zara i żołnierze Lawrence’a wykorzystywali wszystko co wpadło im w ręce – granaty, dynamit, broń przeciwpancerną – w zasadzie wszystko, co w miarę zadowalający sposób wybuchało. Cóż to musiał być za widok, tatko mówił że owej Zarze na samo wspomnienie oczy się świeciły! Pomyśl sam Wojtusiu – bezkresne piaski pustyni, mała stacja kolejowa, a przed nią rozkraczone stoi największe osiągnięcie osmańskiej myśli wojennej. A naprzeciwko niej prości Beduini, szarżujący na swych wiernych rumakach, uzbrojeni w szable i niezłomną wiarę w zwycięstwo. I wiesz co wnuczku? Zwyciężyli w tym nierównym starciu. Ich wiara została nagrodzona.

Wiesz co mnie jednak zastanawia Wojtusiu? Że mój papcio nie spotkał nigdy żadnego Niemca, Austriaka, Turka, albo kogokolwiek, kto walczyłby po drugiej stronie barykady. Tak jakby wszyscy zapadli się pod ziemię. A przecież oni też są ludźmi i pewnie mieliby do opowiedzenia równie emocjonujące historie. Wygląda to trochę tak, wnuczku, jakbyśmy tylko my, ci „dobrzy”, mieli prawo przedstawiać swoją wersję wydarzeń. Najwidoczniej prawdziwe jest stare powiedzenie mówiące o tym, że to zwycięzcy piszą historię. A przecież to nie przynależność do którejś ze stron konfliktu decyduje o zakwalifikowaniu danej osoby jako dobrej czy złej. Możesz mi wierzyć Wojtusiu – w naszej armii było tyle samo szumowin, co dla przykładu w niemieckiej.

W historiach tych wiele jest śmierci, cierpienia, ludzkich dramatów – można to poczuć, jest to wręcz namacalne. Pokazują one wnuczku, że wojna to nie zabawa, a jedynie źródło krwi i łez. Dzięki takim opowiadaniom mamy namiastkę chociaż częściowego udziału w tych wydarzeniach. Oczywiście to co usłyszałem od tatka jest z pewnością trochę podkoloryzowane, w końcu ludzka pamięć jest zawodna, niemniej jednak podczas wspólnych wieczorów przy kominku miałem wrażenie, jakbym sam znalazł się w lesie Bourlon czy nad ośnieżonymi szczytami Vosges. To, co zobaczyłem oczami wyobraźni podczas snutych opowieści, sprawiło, iż spojrzałem na wojnę zupełnie inaczej. Bardziej z perspektywy jednostki, zagubionej i przytłoczonej strasznymi wydarzeniami rozgrywającymi się dookoła, nie będącej pewną tego, czy za pięć minut będzie jeszcze żyć. Suche fakty z książek czy lekcji szkolnych nie są w stanie oddać tych emocji. Dlatego właśnie mój tatko opowiedział te historie mi, a ja przekazuję je tobie – by ofiara tych dzielnych ludzi nie poszła na marne, byśmy nie popełniali tych samych błędów z przeszłości. I by pamięć o nich nigdy nie zginęła.